Tak,
tak, długo nie pisałam. Najpierw nie miałam weny, a potem zaczęła się szkoła i
taki zapieprz, że czasem po godzinach w domu pracowałam do dwunastej w nocy.
Zresztą nie wiem, czy jeszcze mi się nie przytrafi. Nie no, podoba mi się, bo
wreszcie mam zajęcie (przez 2 miesiące nie robiłam prawie nic), do tego
pożyteczne, mam dużo zróżnicowanych zadań, czuję odpowiedzialność i
satysfakcję. W tygodniu piszę i udoskonalam plany zajęć, koresponduję z
wolontariuszami, do tego uczestniczę we wtorkowych i czwartkowych zajęciach
After School, no a w sobotę to już jazda bez trzymanki… Zajęcia w szkole dla
setki dzieci i JA to koordynuję. Oczywiście mam wsparcie i głowy, które myślą o
szczegółach, o których ja zapominam i pomagają w rzeczach, których nie jestem w
stanie ogarnąć, ale generalnie to ja dbam o to, żeby całość grała. I jak na
razie gra : ). W związku z tym oraz w związku z innymi czynnikami, które
sprawiają, że jest mi tu dobrze, postanowiłam nie wracać w październiku. Nie
wyobrażam sobie wyjechać stąd za miesiąc, po prostu sobie nie wyobrażam. Wreszcie
mam pracę, którą chcę mi się wykonywać (dobra, czasem mam lenia, ale nie rzygam
na myśl o niej, a jak się wkręcę, to jest fajnie), poza faktem, że za każdym
razem się stresuję, że nie ogarnę wszystkiego do soboty, to wiodę sobie
zrelaksowane życie, mieszkanie czasem mnie dobija, ale współlokatorki mam
fajne, do tego dobrych znajomych, na których mogę polegać, weekendy zazwyczaj
zapchane wydarzeniami… To jeszcze nie czas, żeby wracać i zastanawiać się, co
dalej z moim życiem. A przede wszystkim tęsknić za moim meksykańskim życiem.
Chyba wypłaczę sobie oczy, jak już dojdzie do pożegnania…
Największy
problem, jaki jawi się przede mną w związku z pomysłem na zostanie tu dłużej,
to pozwolenie na pobyt. Przysługuje ono na 180 dni, co w moim przypadku kończy się
w połowie listopada. Przez ostatnie dni próbowałam się dowiedzieć, czy i jak
mogę je przedłużyć, no i wychodzi na to, że jedyna opcja, to wyjechać za
granicę, wrócić i dostać kolejne 180 dni. W Instytucie Migracyjnym twierdzą, że
mogę wyjechać i wrócić tego samego dnia i nie będzie problemu, więc zostaje mi
im uwierzyć. Najbliżej mam Stany Zjednoczone (jakieś 4 godziny drogi), ale bez
wizy tam nie wjadę. Ratuje mnie więc fakt, że w październiku wybieram się na
Półwysep Jukatan, a stamtąd już tylko rzut beretem do Gwatemali i Belize.
Przejście graniczne z Gwatemalą znajduje się jednak za bardzo na południe (na
północy jest dżungla i rezerwat przyrody), więc zostaje to drugie. Tak, wygląda
na to, że pojadę na jeden dzień do Belize. Niezły czad.
Poza
tym, jak zdaje się można się dowiedzieć nawet z polskich mediów, w Meksyku
szaleją huragany. Na szczęście bardziej na południu niż na północy, więc
jedyne, co mnie dotknęło, to deszcz, deszcz, deszcz. Najpierw ze dwa razy
dziennie, potem bez przerwy. Ulice zamieniające się w rzeki, ale tylko na
chwilę. Groźba jednak była, bo dwa lata temu Monterrey nawiedził huragan o
wdzięcznym imieniu Alex i porobił takie spustoszenia, że poświęcili mu nawet
wystawę w muzeum.
Rozwińmy
jednak temat szkoły. Oj, dużo nerwów mnie to kosztowało i mam nadzieję, że to
już koniec tego etapu. Najpierw nie mogliśmy znaleźć szkoły i start zajęć
przesunął się o 2 tygodnie. Ach, jakie to typowe. Jak już znaleźliśmy i
wszystko wydawało się iść ok, okazało się, że szanowna pani dyrektor wymyśliła
sobie, że dzieci nie będą płacić za dwie pierwsze soboty (normalna kwota to 25
peso za każdy tydzień), żeby najpierw zobaczyć, jak funkcjonujemy. W planie na
pierwsze spotkanie był poczęstunek dla wszystkich, ale uznałam, że bez funduszy
to niewykonalne i zrezygnowałam z tej części. Gdy moja przełożona się o tym
dowiedziała, stwierdziła, że jak to, że musi być poczęstunek, zawsze był, że to
taka przyjemna, integracyjna część. Że mogę poprosić wolontariuszy, żeby każdy
coś przyniósł – jeden chipsy, drugi talerzyki, inny kubeczki. Tak, tylko wtedy
myśleliśmy o jakichś 30-40 dzieciach. Ja tak myślałam, bo nie znałam realnych
wymiarów szkoły. Ale dlaczego tak myślała moja przełożona, która sama tę szkołę
znalazła i miała jej porównanie z innymi, to już nie wiem. Wszystko nam się
objawiło, gdy na kilka dni przed pierwszymi zajęciami przeszłyśmy się z reklamą
Saturday School po klasach czwartych, piątych i szóstych (do tych skierowany
jest nasz program) – po dwie klasy z każdego rocznika, w każdej ok. 30 dzieci.
Udało nam się przedstawić nasze zajęcia w takich superlatywach i z takim
entuzjazmem („Lubicie rysować? Lubicie jeździć na wycieczki? Przyjdźcie do nas,
mamy nauczycieli z całego świata!”), że po przejściu 2/3 klas stwierdziłam, że
może zaczniemy wszystko mówić nudnym, zniechęcającym tonem, bo przyjdą, a
raczej przypędzą wszystkie te dzieciaki… Po oszacowaniu i zrobieniu porównania
ze szkołą, gdzie prowadzimy After School, wyszło nam, że możemy się spodziewać
ok. 80-100 dzieci. A ja wciąż miałam zorganizować im poczęstunek BEZ PIENIĘDZY.
SAMA. Moja przełożona zgodziła się na pomysł dyrektorki, że nie będą płacić,
nie była w stanie przewidzieć, że z dwa razy większej szkoły niż zwykle nie
będziemy mieć 40 dzieci, tylko 80, uparła się, że musimy zorganizować
poczęstunek, ale całe praktyczne wykonanie spadło na mnie jedną. Umierałam ze
stresu i wku**ienia na nią za tę sytuację. W środę przed dniem zero miałam
totalny kryzys czując, że jestem zupełnie sama. Ale wtedy przyjechał mój dobry
znajomy, wymyślił, że możemy zrobić tostadas,
bo to jest tanie, on przyniesie owe tostadas,
poprosimy pozostałych wolontariuszy o fasolę, śmietanę i salsę, kupimy napoje w
proszku za 1 peso, za 3 peso napełnimy wodą 6-litrowe butelki i jakoś to
będzie. No i zaczęłam pisać do wolontariuszy i każdy się z czymś zaoferował. Po
kilku godzinach miałam zaklepane wszystkie składniki plus kubeczki i serwetki. Następnego
dnia okazało się, że dzieci jednak będą płacić za lekcje, tylko mniej, poza tym
mogę skorzystać z funduszy After School. Dostałam do wykorzystania 150 peso, za
co kupiłam więcej tostadas, fasoli i
salsy. Z jedzenia, które dostaje z supermarketów AMMAC wzięłam trzy ciasta w
dobrym stanie. Zrobiłam to. Nie wiem, jak, ale to zrobiłam. To zresztą chyba
będzie zostanie mottem mojej pracy tutaj. „Nie wiem jak, ale to zrobimy.”
No
i nadszedł dzień zero. Spóźniłam się prawie pół godziny przez złe oszacowanie
czasu i korki. Gdy zobaczyłam te tłumy czekające w szkole, miałam ochotę uciec.
Nie wiedziałam, co się dzieje, czy już inni zaczęli coś organizować, szukałam
koleżanek z pracy. Pozostali wolontariusze stali i czekali nie wiedząc, co ze
sobą począć. Wszystko stało, a trzeba było to wprawić w ruch. JA miałam wprawić
to w ruch. Dobrze, że były osoby z AMMACu, które mi w tym pomogły… Był już czas
rozpoczęcia zajęć, więc powiedziałam wolontariuszom, żeby podzielili dzieci na
grupy i poprowadzili z nimi gry, które rozdałam im na kserówkach, a sama
pognałam do pracowni komputerowej, żeby przedstawić rodzicom prezentację na
temat programu. Gdy po wszystkim stamtąd wyszłam, spojrzałam na boisko i
zobaczyłam, że wszystko funkcjonuje, dzieci bawią się w zespołach, serce mi
urosło. To działa! Jak dobrze, że mam takich wspaniałych wolontariuszy. Nie
mogłam jednak odsapnąć, bo nadszedł czas na rozpoczęcie egzaminu. Podzielenie
setki dzieci na 3 sale okazało się łatwe dzięki dwóm wolontariuszkom z USA,
które po prostu kazały im się ustawić klasami – 4, 5 i 6. Gorzej z
rozdzieleniem sterty egzaminów na 3 odpowiednie części. W dodatku pękła torba,
w której się znajdowały i pomieszały się kartki. Od tej pory wszystko zszywam…
Po jakichś 10 minutach biegania między klasami, donoszenia egzaminów i
martwienia się, że zabraknie dla kogoś kopii, w końcu odetchnęłam z ulgą, gdy
okazało się, że każde dziecko ma swój egzemplarz i coś do pisania. Zostawiłam
wolontariuszy do ich pilnowania i pobiegłam sprawdzić, jak idą przygotowania do
poczęstunku. Do tej pory nawet nie miałam chwili, żeby o tym pomyśleć, dobrze,
że moje koleżanki z pracy się tym zajęły.
Dzieci
zaczęły kończyć egzamin i przyszedł czas na kolejne gry. W 6 drużynach o równej
ilości osób. Boże, nigdy więcej. Ustawiałam to chyba przez 20 minut, a na końcu
i tak okazało się, że dzieci się pomieszały i nie jest po równo, więc machnęłam
ręką, po prostu już zacznijmy… Gry były trzy, na trzech różnych bazach, za
każdym razem dwie drużyny rywalizowały na jednej bazie. Dwie bazy działały
rewelacyjnie, na trzeciej miałam wolontariuszkę, która choć jest bardzo miła,
to nie umie krzyczeć i większość dzieci chyba po prostu nie słyszała albo nie
rozumiała zasad… Przychodziłam tam co chwilę i próbowałam pomóc, ale dalej nie
udało im się zacząć gry. Cóż, w końcu na to też machnęłam ręką, bo nadszedł
czas na wyczekiwany poczęstunek (biedne dzieci były już głodne przynajmniej od
godziny). Ta część poszła chyba najbardziej gładko, wszystko grzecznie i w
kolejce. W dodatku muszę wspomnieć, że chociaż niezbyt podoba mi się dyscyplina
zaprowadzana w tej szkole (mundurki, ustawianie się w rzędach po każdej przerwie
i maszerowanie do sal), to przynajmniej dzięki temu te dzieci są względnie
grzeczne. Bo w After School to po prostu masakra, dwugodzinne darcie mordy…
(Jezu, jutro tam znowu idziemy). Zjadły, wypiły, wybiła 12:30, rodzice zaczęli
przychodzić po swoje pociechy, towarzystwo się rozeszło, a ja… czułam się
zmęczona, ze zdartym gardłem, ale szczęśliwa. Wszystko zadziałało! No i tak co
sobotę… No ok, na mniejszą skalę, bez poczęstunku no i już z doświadczeniem ;
).
Tak,
tak, karma do mnie wróciła i po tygodniach nicnierobienia czasem nie wiem, w co ręce
włożyć. Jak już jesteśmy przy karmie, to trochę się obawiam, co będzie jeśli
kiedyś przyjdzie mi spłacić wszystko to, co robią dla mnie tutaj inni.
Prawdopodobnie będę musiała wybudować sierociniec gołymi rękami na skale przy
40-stopniowym mrozie albo coś w tym stylu. Mam nadzieję, że jednak się obejdzie
bez takich ekstremów i po prostu oni wszyscy przyjadą do Polski, tak jak mi
obiecują (tylko błagam, nie wszyscy naraz), a ja im się odwdzięczę wiktem i
opierunkiem… A póki co, to ja korzystam. Jak dobrze, że jesteście : ).