Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mentalność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mentalność. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 lutego 2014

Mój pierwszy raz: śpiewanie na ulicy



                Jak opisałam w ostatnim poście, zostanie nielegalną imigrantką wiązało się z zapłaceniem grzywny przy wyjeździe. Nie do końca wiedziałam, ile dokładnie może wynieść, ale wedle informacji, które uzyskałam, szacowałam ją na ok. 2000-4000 peso, czyli jakieś 500-1000 zł. Nie są to jakieś horrendalne sumy, ale jednak dużo zważywszy, że byłam tam na wolontariacie.
                Już nie wiem dokładnie, jakim torem myślowym doszłam do tego pomysłu, ale w każdym razie stwierdziłam, że wykorzystam to jako okazję, żeby… zaśpiewać na ulicy. To takie trochę dziwne marzenie, ale od dawna chciałam to zrobić, a nasiliło się, kiedy kilka miesięcy wcześniej byłam świadkiem jak jedna znajoma w ten sposób w pół godziny zarobiła kilkaset peso. Co prawda śpiewało operowo i to bardzo dobrze, ale mi też słoń na ucho nie nadepnął, więc może by coś z tego było? Byłam ciekawa, czy udałoby mi się zwrócić uwagę przechodniów…
                Nie miałam jednak na tyle odwagi, żeby po prostu sama wziąć, stanąć i zacząć śpiewać a cappella (właśnie dowiedziałam się, że to jest przez dwa p, dzięki, Google), więc podzieliłam się tym pomysłem ze znajomymi, którzy to podchwycili z meksykańskim zapałem i zaczęli wymyślać, że AIESEC mógłby odtańczyć roll calls (takie aiesecowe tańce synchroniczne do popularnych piosenek, które uskuteczniają na wszystkich imprezach, przykład tutaj, btw ten drugi to mój ulubiony), że możemy śpiewać grupowo, zrobić show i inna cuda na kiju. Zachęcona stworzyłam dla znajomych wydarzenie na facebooku, które też miało dość spory odzew, zgłosiło się trzech gitarzystów-śpiewaków plus jeden tylko śpiewający. No i trochę po prostu wspierających.
                Tych trzech gitarzystów prezentowało swój zapał tylko w postaci literek na facebooku, ale to nieistotne, bo zdobyłam jednego prawdziwego, Wenezuelczyka zamieszkałego na stałe w Meksyku o wdzięcznym imieniu Jesús. Prawie nikt ze wspólnych znajomych go tak jednak nie nazywa, bo przyjęło się mówić o nim Yisus, czyt. Dżizus ; ). Umówiliśmy się na odbycie kilku prób przed dniem zero, ostatecznie do skutku doszły dwie, więc starczyło nam czasu na przygotowanie tylko trzech utworów i to najprostszych do opanowania (ja już umiałam je śpiewać, a chwyty były łatwo dostępne): „Hotel California”, „Whisky” oraz „Wehikuł Czasu”. Dwa po polsku, żeby przyciągało większą uwagę ;). Trochę się obawiałam, bo nigdy wcześniej nie śpiewałam z akompaniamentem gitary, ale szło dobrze!
                W końcu nadszedł dzień chwały (albo klęski, ale byliśmy dobrej myśli) i przekonałam się, że meksykański zapał ma przynajmniej dwie cechy charakterystyczne: 1) jest bardzo duży, 2) jest bardzo słomiany. Bardzo, bardzo słomiany. Koniec końców jeden facebookowy gitarzysta zreflektował się w dzień wydarzenia, że łomatkoboska to dziś???!!!??? i że nie może, dwóch innych kompletnie zaginęło w akcji, a ten śpiewający się rozleniwił (stwierdził, że jedziemy strasznie wcześnie… była 18:00 i już mieliśmy godzinę obsuwy) i ostatecznie z niechęcią pojechał z nami chyba tylko dlatego, że się trochę wkurzyłam. Z jakichś kilkunastu osób, które zgłosiło się do wydarzenia, przyszło parę, z czego dwie przelotem i nawet nie doczekały momentu śpiewania.
               Ale, ale. Wsparcie miałam. Był mój nieoceniony gitarzysta Yisus, był nieoceniony kierowca Julio i jeszcze parę osób. Pojechaliśmy na Morelos, czyli deptak handlowy w centrum miasta, gdzie przewija się dużo ludzi i sporo grajków ulicznych. To ostatnie okazało się trochę problematyczne, bo stanowili konkurencję i trzeba było znaleźć taką miejscówkę, żeby nas nie zagłuszali. A mieliśmy do czynienia m.in. z jakimś chórem religijnym ;P.
               Na chwilę przed występem Yisus zaczął wymiękać i chciał uciec, ale uspokajałam go, że i tak mnie będzie najbardziej słychać i jak ja się pomylę, będzie większa wtopa. Plusem było to, że jakbym się pomyliła w piosenkach Dżemu, to pewnie i tak nikt by nie zauważył. Gorzej, że nie tyle obawiałam się pomylenia tekstu, co rozminięcia się z akompaniamentem, a to już nawet mniej wprawne ucho zauważy.
              Ustawiliśmy się w strategicznym miejscu, ustaliliśmy szczegóły, Yisus zaczął wstęp, wymieniliśmy się spojrzeniami, no i zaczęłam… Początkowo nieczysto, bo słabo słyszałam gitarę – to już nie było to samo, co próba w domowym zaciszu. Po kilku wersach weszłam w melodię, ale jednak nie szło tak dobrze jak na próbach, bo po prostu się stresowałam. I musiałam się wydzierać, żeby przedrzeć się przez szum ulicy. Śpiewałam, śpiewałam, ludzie mnie mijali, nikt nic nie wrzucał, prawie nikt nie patrzył, ale śpiewałam, a to najważniejsze. Jeszcze kilka lat temu na pewno bym tego nie zrobiła. Nasze trzy piosenki minęły jak z bicza strzelił. I nic. Znajomi twierdzili, że ktoś wrzucił coś do kubka i że jest to nawet uwiecznione na video, które zrobili, ale ja tam niczego nie widziałam. Nazbierało się tyle, co sami mi wrzucili, czyli jakieś 20 peso.
Ale nic to. Stwierdziliśmy z Yisusem, że to dopiero wstęp, że przekonaliśmy się, jak to jest, pokonaliśmy strach, a następnym razem będzie lepiej, tylko musimy mieć dużo więcej piosenek. Padł też pomysł, żeby śpiewać w autobusach, jak się to praktykuje w Meksyku, bo wtedy dużo łatwiej dotrzeć do ludzi (nie mają gdzie uciec, hahaha), można im powiedzieć, na jaki cel się zbiera i w zasadzie zawsze coś wrzucają. Może i by coś wyszło z tych planów, gdyby wkrótce potem nie zepsuła mu się gitara ;P. Tamto śpiewanie na ulicy było więc pierwszym i jak na razie ostatnim. Bez większych rezultatów, ale spełniłam minimarzenie i przekonałam się, że to wcale nie taki łatwy zarobek, na jaki wygląda! Kilka porad, gdyby ktoś chciał spróbować:

  • Trzeba dobrze śpiewać. Naprawdę dobrze, żeby ludzie zwracali uwagę. Ja jeszcze trochę poćwiczę…
  • Duży repertuar (10 piosenek to minimum na początek) i dobrze przygotowany, najlepiej hiciory
  • Akompaniament, chyba że śpiewacie operowo, to przebijecie się bez tego; no i jak macie akompaniament na żywo, to wcześniej musicie zrobić próby
  • Najlepiej nagłośnienie, chyba że jw.
  • Jakaś tabliczka, która wyjaśni pokrótce Waszą smutną sytuację, np. że zbieracie na bilet do domu, który jest 10 000 km stąd
  • Sztuczna publiczność w postaci znajomych i niech coś wrzucają do kubka co jakiś czas
  • Jakiś znajomy, który będzie zbierał pieniądze wśród przechodniów i najlepiej opowiadał, w jakim szczytnym celu zbieracie
  • Wizualnie też możecie się odznaczać, generalnie wszystko żeby przykuć (pozytywną) uwagę

Mówię Wam, to nie takie proste. Ale polecam.

Zwarci i gotowi

W akcji

Nie zdążyliśmy wymyślić nazwy dla naszego duetu...

Po wszystkim załapaliśmy się nawet na fajerwerki


No dobrze, ten sposób zarobku zawiódł, a może i by nie zawiódł, gdyby się dalej rozwinął, więc kolejnym pomysłem było zrobienie imprezy z loterią fantową i sprzedażą przekąsek. Połączyłam to z moją imprezą pożegnalną. Przegrzebałam szuflady i postanowiłam przeznaczyć na loterię różne drobiazgi przywiezione z Polski: pocztówki, mapkę Warszawy, książeczkę z legendą krakowską, rozmówki polsko-hiszpańskie oraz nagrałam dwie płyty z polską muzyką. Jeden los na loterię – 20 peso. Poza tym sprzedawaliśmy tostadas po 5 peso. Ostatecznie zarobiłam na tym jakieś 400 peso (100 zł), czyli o wiele za mało na pokrycie kary, ale zawsze coś. Bardziej przedsiębiorcza nie byłam, więc na tym stanęło zdobywanie pieniędzy na karę. Włożyłam wszystko do koperty z napisem multa, czyli grzywna i zapakowałam do bagażu podręcznego.
              
Szczęśliwi wygrani
                I nadszedł ten dzień. Dzień wyjazdu z Meksyku. Podchodząc do odprawy, postanowiłam, że w zależności od sytuacji będę negocjować próbując ich wziąć na litość (wolontariuszka, zostałam dłużej w kraju tylko po to, by pomagać biednym meksykańskim dzieciom itd.). Pokazałam bilet, pan poprosił mnie o paszport i moją wizę. Podałam mu wszystko bez słowa. Popatrzył, popatrzył, wręczył mi z powrotem bilet i paszport i powiedział do jakiego wyjścia do samolotu mam się udać. I już. Koniec. Hahaha. Jak to jednak czasem dobrze, że prawo w Meksyku jest tak luźno respektowane ;). Myślę, że przepuścił mnie dlatego, że wiza przeterminowała się tylko o 42 dni, a miał dobre serce ;).
                Bądź co bądź NIE róbcie tego sami w domu, tfu, to jest w Meksyku. Ani nigdzie. Tzn. nie mówię o śpiewaniu czy robieniu loterii, ale o łamaniu prawa. Blogerka nie ponosi żadnej odpowiedzialności za skutki wynikłe z kopiowania działań opisanych w tym i poprzednim poście. Proszę być grzecznymi legalnymi turystami i już. Amen.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Randomalne fakty i przemyślenia na temat Meksyku



                Nadal wszystko zrelaksowane i opóźnione o średnio 40 minut. Wczorajszy i dzisiejszy dzień przebiły wszystko (no, poza znajomym z innego posta, który zmienił miejsce spotkania i zapomniał mi o tym powiedzieć). Wczoraj wyjechaliśmy na imprezę o 21 i do ok. 1 w nocy zajęło nam ogarnięcie się, co i gdzie właściwie robimy tej nocy. Dzisiaj odwoziłyśmy z Victorią z Kolumbii wolontariusza na lotnisko taksówką po czym okazało się, że owa taksówka mogła nas zabrać NA lotnisko, ale nie może nas zabrać Z lotniska, bo nie jest federalna (?), tylko z miejsca dwa kilometry dalej, dokąd musiałyśmy maszerować w pełnym słońcu. Łącznie z czekaniem (nieodłączny element tutejszego życia, choć czasem nie wiadomo, na co/dlaczego czekasz), zastanawianiem się i rozmawianiem z policją, cała impreza trwała 3 godziny zamiast przewidywanej półtorej, przez co nie poszliśmy na planowany mecz AIESECu. Czasem mam ochotę potrząsnąć tym wszystkim i powiedzieć „Weź się ogarnij, Meksyku”, ale z drugiej strony sama się już taka trochę zrobiłam. Ma to swoje dobre strony, w Polsce za często byłam zestresowana, tutaj prawie nigdy. Złe strony są takie, że jak wrócę do Polski z takim nastawieniem, to wszyscy mnie znienawidzą.
                O Europie, nie oszukujmy się, nie wiedzą za wiele i to nawet ci z wyższą edukacją. Oczywiście są i tacy, którzy znają historię i geografię nie tylko Europy, ale nawet trochę Polski, bo są zainteresowani tematem, ale nie spotkałam wiele takich osób. Nawet jeśli ktoś odwiedził jeden czy dwa europejskie kraje, to niekoniecznie nie wie, gdzie leżą pozostałe. Nie chcę oceniać wszystkich przez pryzmat jednej osoby, więc napiszę, że mam w pracy koleżankę (z wykształceniem wyższym), która: a) oznajmiła mi, że przyjeżdża do nas wolontariuszka z Czechosłowacji, a na moją reakcję, że taki kraj nie istnieje, machnęła ręką i stwierdziła, że w Meksyku to wszystko jedno (rozmawiałam potem o tym z innymi Meksykanami i nie uznali jej ignorancji za normalną, więc mi ulżyło), b) wydaje jej się, że Europa jest trochę jak jeden wielki kraj – mamy ten sam system edukacji, te same zachowania i przyzwyczajenia: była w Anglii i we Włoszech, więc wie, jacy są Polacy i Finowie, c) zapytała mnie, co to jest „Helsinki”, d) stwierdziła, że fajnie byłoby pojechać do Korei Północnej (po czym opowiedziałam jej historię o złym Kim Dzong Unie i zmieniła zdanie). Ale chyba najbardziej rozwalił mnie panujący tu wśród niektórych stereotyp, że Europejczycy nie myją się codziennie, tylko np. 3 razy w tygodniu... Ktoś miał jakichś znajomych z Francji, którzy nie brali codziennego prysznica, no i poszła fama... Ja oczywiście rozumiem, że my jesteśmy europocentryczni i wydaje nam się, że wszyscy powinni mieć wiedzę o Europie w małym palcu, podczas gdy tu jest przecież Ameryka Łacińska i to ona jest w centrum uwagi. Ja też nie wiem prawie nic o Boliwii czy Ekwadorze, więc oni nie muszą o Polsce. Ale są dla mnie pewne skrajne, podkreślam, SKRAJNE, przypadki, które jak dla mnie przekraczają granice tej niewiedzy. Raz spotkałam się z tym, że ktoś mnie zapytał, czy Polska jest częścią Niemiec. Kiedy indziej zapytali mnie, czy w Polsce mówi się po polsku czy po niemiecku (nie wiem, co oni mają z tymi Niemcami, ale akurat o tym kraju wiedzą coś więcej i wydają się nim zainteresowani). Ktoś inny myślał, że mówimy po angielsku (te same osoby rozmawiając z Kolumbijką, po hiszpańsku oczywiście, zapytały się jej, po jakiemu mówi się w Kolumbii). Już się przyzwyczaiłam, że kiedy mówię, że jestem z Polski, to zazwyczaj muszę opowiadać o moim kraju wszystko, od podstaw, czasem zacząwszy nawet od tego, że jest w Europie. Ale wynika to z tego, że spotykam tu różnych ludzi, także niespecjalnie edukowanych. Wybaczam wszystko, serio...
                Ale inna rzecz po trzech miesiącach doprowadza mnie już do białej gorączki. Tydzień temu byliśmy w centrum handlowym, zgłodniałam i postanowiłam kupić coś do jedzenia, co nie jest tu dla mnie byle jakim wyczynem. Przeszłam wszystkie bary i resturacje, było ich ok. 15, z czego może w 4 miejscach miałam jakiś wegetariański wybór. Ale to przeżyję, akceptuję to i się przyzwyczaiłam. Natomiast jak podeszłam do jednego z miejsc i na moje pytanie, czy wszystkie tostadas są z mięsem, usłyszałam „nie, są z kurczakiem”, to myślałam, że szlag mnie trafi. To jest, kurde, zabawne przez pierwsze dwa tygodnie. Po trzech miesiącach tłumaczenia ZA KAŻDYM RAZEM (nie przesadzam), że kurczak to też mięso, że był zwierzęciem, miał oczy i biegał, masz dość, serdecznie dość. Ok, może to zalatywać ode mnie lekką hipokryzją, skoro jem ryby, ale do tego, że je traktuje się inaczej niż resztę mięsa albo raczej w ogóle nie jak mięso, już się przyzwyczaiłam. Ja jednak uważam ryby za mięso, dlatego wolę mówić, że jestem prawie wegetarianką. Co prawda dwa razy przestałam jeść ryby, ale to już inna historia. Ale KURCZAK???!!?? Tak, tak, tłumaczą mi, że tutaj za mięso uważa się mięso czerwone, a kurczak i ryby należą do białego. Nie zmienia to faktu, że są żywieniowymi ignorantami, w wielu kwestiach, niestety. Koleżanka z pracy (ta od Czechosłowacji), po jakichś dwóch miesiąch znajomości i, wydawało mi się, mniej więcej znajomości również moich zwyczajów żywieniowych, zapytała mnie, z zupełnie poważną miną: „Ale szynkę jesz, prawda?”. Myślałam, że żartuje, ale przyjrzałam się jej uważnie i to niestety było na serio. Powiedziała, że szynka to przecież co innego i że miała koleżanką wegetariankę, która jadła kurczaka i szynkę. Aha, chyba „wegetariankę”. Tutaj większość ludzi nie rozumie, czym jest wegetarianizm, a już o weganiźmie to prawie nikt nie słyszał. Znam tu jedną, słownie: jedną, wegetariankę, a o innym wegetarianinie słyszałam. W porównaniu z tym Polska wydaje się bezmięsnym rajem. Choć i tu zdarzają się na szczęście restauracje i sklepy wegetariańskie, mimo, jak mniemam, małego popytu. To, że Meksykanie przodują wśród innych krajów w otyłości i mają ogromny procent zachorowań na cukrzycę (szóste miejsce na świecie, zdaje się), mówi samo za siebie. To nie tylko kwestia jedzenia takich ilości mięsa, ale też przetworzonej żywności i cukru. Spożycie Coca-Coli też jest tutaj ogromne.
                W ogóle w niektórych kwestiach Meksyk wydaje mi się, no, nie 100 lat za Murzynami, ale 20 lat za Europą na pewno. Przeczytałam, że nadal legalnie buduje się tu z azbestu. Małe dzieci podróżują w samochodach na przednim siedzeniu na kolanach dorosłego. Kultura na drodze – ciągle trąbią, wyprzedzają jeden drugiego mijając się o kilkanaście centymetrów, nie przepuszczają pieszych na pasach, ba, możesz stać już na środku tych pasów, a oni przejadą ci przed nosem. Gdy znajomy z pracy przyniósł do pracy serek Philadelphia i okazało się, że jest on już przykryty niezłym pleśniowym dywanikiem, ów znajomy próbował wygrzebać jeszcze spod tego to, co rzekomo nadawało się do zjedzenia. Musiałam go uświadomić, że wszystko jest do wyrzucenia. W większości toalet uprasza się o niewrzucanie papieru toaletowego do sedesu, tylko do kosza na śmieci. Tak, tak, dobrze przeczytaliście, papieru toaletowego. Wynika to z kiepskiej kanalizacji. Myślałam, że takie rzeczy to tylko na Ukrainie i w życiu nie spodziewałabym się tego tutaj. (Nie)stety nie stosuję się do tych zasad, dzięki czemu ze dwa razy zdarzyło mi się zatkać kibel, ale jestem gotowa na takie poświęcenie ; P.
                Nie, nie skończy się na narzekaniu. Zazwyczaj najbardziej rzucają się nam w oczy rzeczy, które nas denerwują i to o nich jest najłatwiej pisać. Ale przecież i tak kocham ten kraj ; ).
                Ma wspaniałą bogatą kulturę. Mimo że jestem dumna z bycia Polką, to jednak przy meksykańskiej kulturze wypadamy trochę blado... Meksyk jest ogromny, każdy stan różni się od siebie, ma trochę inną kuchnię, inne specjały. Miejsc do zwiedzania jest od groma (jak tylko wyjedziesz z Monterrey, ekhm…): piramidy, tzw. pueblos mágicos, czyli magiczne miasteczka, zabytki koloniale, kościoły, muzea, przepiękna natura. Rękodzieło jest piękne i zachwyca kolorami. Wciąż żyje tu wiele ludów etnicznych kultywująch stare prekolumbijskie zwyczaje. Ja jestem zresztą urzeczona przez przekolumbijskie cywilizacje, mogłabym oglądać ich stare płaskorzeźby i wyroby rzemieślnicze godzinami. Jedzenie jest zazwyczaj bardzo dobre, kolorowe i aromatyczne (pomijając to mięso). No i ludzie, najważniejsi są ludzie!
Oni są w większości cudowni. Są bardziej otwarci, bardziej radośni i bardziej przystępni niż w Polsce. NIE NARZEKAJĄ. Witają cię z uśmiechem, czujesz, że chcą z tobą szczerze rozmawiać, nie krępują cię swoim towarzystwem, chce się z nimi być. Wiele osób mówiło mi już tutaj „Mi casa es tu casa” („Mój dom jest twoim domem”), w tym osoby, które ledwo znałam, i oni to mówią NA SERIO, nie tylko po to, żeby powiedzieć. I uwielbiam tutejsze imprezy. Wybaczcie mi, ale polskie się dla mnie nie umywają. Tutaj ŻADNA impreza, na której byłam, nie skończyła się pokazywaniem sobie głupich filmików na youtubie. I nie potrafię sobie wyobrazić, że któraś mogłaby się tak skończyć. Ludzie przychodzą, żeby ze sobą pogadać, pośmiać się, powygłupiać, potańczyć i naprawdę robią to przez cały wieczór, a jak zaczynają opadać z sił, to po prostu jadą do domu. Jak przychodzą, to z każdym z osobna się witają, jak odchodzą, to z każdym się żegnają, całusem w policzek (tutaj to norma, jak wrócę do Polski, to będę się musiała pilnować, żeby tego z każdym nie robić) i uściskiem. Nie czujesz od nikogo dystansu. I jeszcze nie widziałam, żeby ktoś się schlał na umór, upił na tzw. smutno albo zaliczył zgona. Niby twierdzą, że dużo piją, ale nie widzieli polskiego obalania wódki... I bardzo mnie to cieszy, i wcale za tym nie tęsknię. W Polsce kiedy na imprezie się zmęczysz i siądziesz w kącie, ktoś przyjdzie, zapyta, czy wszystko ok i sobie pójdzie. Tutaj siądą koło ciebie i zaczną rozmawiać, zawołają cię, żebyś przyszedł i dołączył do rozmowy albo wyciągną do tańczenia. I to naprawdę WYCIĄGNĄ, za ręce, nie uznając żadnego sprzeciwu. Wszyscy dbają o to, żebyś dobrze się bawił i nie był sam. W poprzednią sobotę poszłam na imprezę po trzech godzinach w pubie spędzonych na oglądaniu meczu i tańczeniu, byłam już zmęczona i zastanawiałam się, jak przetrwać kolejne parę godzin, ale okazało się, że bawiłam się najlepiej z całych trzech miesięcy, które tu spędziłam. Było po prostu nieziemsko, pogadałam sobie, wytańczyłam się tak, że przez dwa kolejne dni bolały mnie plecy (starość nie radość), a na koniec jeszcze mogłam sobie zaśpiewać na karaoke : ). Nie wiem, czy zagranicznych praktykantów traktują tu z jakąś większą atencją (;)), ale ja czuję się, jakby wszyscy o mnie dbali, wszyscy mnie lubili i nie czuję obaw, czy mogę do kogoś podejść i pogadać. Wczoraj trochę ni stąd ni zowąd wylądowałam na jakiejś studenckiej imprezie i nie miałam jak wrócić do domu, ale dwóch znajomych, których znałam od niedawna i pobieżnie, zaproponowało, że mogę przenocować u nich. Spali w jednym pokoju, a ja dostałam własne łóżko i świeżą pościel. Ok, oni akurat są Kolumbijczykami, ale wśród Meksykanów to też normalne. Tu jest jakby nieważne, jak długo kogoś znasz. Od razu jest tak, jakbyś znał go od dawna, bez dystansu.
Dzisiaj na lotnisku odwożąc Patricka z Kanady na samolot poznałyśmy z Victorią nie dość, że jego dziewczynę Meksykankę, to i całą jej rodzinę, która zaczęła z nami rozmawiać, wypytywać o wszystko po czym wymieniłam się z jej bratem facebookiem, żeby przesłał mi wspólne zdjęcia z Patrickiem z lotniska. Stwierdziłyśmy z Victorią, że byli tylko o krok od powiedzenia „Mi casa es tu casa” ;P. Są powody, by wracać, ale jest wystarczająca ilość powodów do tego, żeby jeszcze zostać...

piątek, 26 lipca 2013

O mentalności słów kilka


             Co się da, to na ostatnią chwilę, a i wtedy bez pośpiechu. W poniedziałek przyjechała do nas nowa wolontariuszka, więc w środę zaczęli przygotowywać jej pokój. W środę PO, nie PRZED, dla jasności. Przez dwa dni spała na sofie i nie mogła się rozpakować. Nie zdają sobie sprawy, jak to jest przyjechać pierwszy raz do obcego kraju, nic nie ogarniać, być zmęczonym i po prostu chcieć dostać kawałek własnej przestrzeni, żeby odetchnąć. O wszystkie inne rzeczy (żeby coś naprawili, kupili itp.) zazwyczaj trzeba prosić dwa albo trzy razy, bo za pierwszym zapomną albo oleją. O planach, zmianach w planach itd. informują cię na chwilę przed albo w ogóle, bo uznają, że ktoś inny ci powie albo się domyślisz. Tak np. pojechałam po odebranie żywności do supermarketu bez dowodu tożsamości, ale na szczęście mnie wpuścili. Raz wstałyśmy rano, zebrałyśmy się, już wychodziłyśmy spóźnione do pracy, kiedy powiedzieli nam, że w biurze dalej nie naprawili internetu (od 3 dni; tak szczerze to nie widziałam, żeby ktoś się spieszył z tą naprawą) i że mamy zostać. Tylko że wiedzieli już to przynajmniej od godziny, więc nie wiem, czemu nie powiedzieli wcześniej, normalnie byłybyśmy już w drodze. Albo wstajesz rano i dowiadujesz się, że zaraz jedziemy odebrać nowych wolontariuszy z lotniska. To akurat spoko, przynajmniej jakaś odmiana. Niektóre niespodzianki są fajne, owszem, ale nie zawsze i nie wszystkie. Trzeba być gotowym na wszystko i o każdej porze. Tak jest oczywiście w mojej organizacji, nie chcę mówić, że w całym kraju, podejrzewam, że np. korporacje są bardziej ogarnięte, bo tam czas to pieniądz.
Czasem zaczyna się planować rzeczy z dużym wyprzedzeniem, ale zazwyczaj jest to słomiany zapał, a potem i tak wszystko się rozpieprza i jest robione w ostatnim momencie. Zaczęłam pracę koordynatorki Saturday School w połowie maja i dowiedziałam się, że wszystko mamy zaplanować i mieć gotowe na długo przed początkiem roku szkolnego, żeby potem od sierpnia iść i uczyć. Moja zwierzchniczka poprosiła mnie w maju o napisanie 20 planów zajęć na kolejny semestr. W czerwcu, w momencie gdy miałam chyba 3, powiedziała, że za tydzień mamy mieć spotkanie z wolontariuszami, którzy będą dla nas uczyć i żebym miała wtedy gotowe już wszystkie. Powiedziałam, że nie napiszę 17 planów w tydzień, więc stanęło na 10. Ostatecznie napisałam chyba 8, a spotkanie zostało przesunięte o dobry tydzień czy dwa, a gdy już się odbyło, spotkaliśmy się tylko z jedną dziewczyną. Szkołę, gdzie mamy uczyć od następnego semestru, znaleźliśmy już ponad miesiąc temu i po grzebaniu się przez dwa tygodnie w końcu poszliśmy z ofertą programu do pani dyrektor. Miesiąc później, czyli dwa dni temu, odpowiedziała ostatecznie, że nie są zainteresowani. O czym moja zwierzchniczka poinformowała mnie dzień później i to tylko dlatego, że sama zapytałam. Gdyby nie to, pewnie dalej bym nie wiedziała, ale co mnie to obchodzi, przecież jestem tylko koordynatorką całego programu. Tak więc zaczynamy zajęcia za miesiąc, ale nie wiemy gdzie i myślę, że dowiemy się w ostatnim momencie albo w ogóle trzeba będzie przesunąć początek zajęć. Mistrzowie planowania z wyprzedzeniem, oklaski.
                Poza pracą podejście do czasu i planów też jest raczej luźne... To, że jeśli impreza ma zacząć się o 20, to zaczyna się o 21, jest normą, ale nawet aiesecowe comiesięczne spotkanie umówione na 15, zaczęlo się o 16, bo od 15:45 spokojniutko zaczęli się schodzić ludzie. Czasem mamy coś zrobic, gdzieś iść, ale stoimy i czekamy i jestem jedyną osobą, która pyta, na co właściwie. I wtedy czasem okazuje się, że nie wszyscy wiedzą, tylko ich to nie zainteresowało. Robienie planów na niedzielę najlepiej zaczynać w niedzielę, no, najwcześniej w sobotę, ale ostrożnie, żeby nikogo nie spłoszyć swoją nadgorliwością.
                Najbardziej skrajnym przypadkiem było, gdy umówiłam się ze znajomym na planowanie naszej wycieczki. Przejechałam 45 minut autobusem i metrem do kawiarni, gdzie go nie zastałam. Zadzwoniłam do niego, on się zdziwił i powiedział, że wysłał mi wiadomość na facebooku, że jeszcze nie wrócił do Monterrey, bo nie było lotów. Ok, nie doszło, nie wiem czemu, nie jego wina. Umówiliśmy się na następny dzień, ta sama godzina, to samo miejsce. Znowu przejechałam 45 minut autobusem i metrem, weszłam do kawiarni, a jego nie było. Dzwonię, nie odbiera. Dzwonię do jego przyjaciółki, pytam, czy z nim jest i że błagam, żeby mi powiedziała, że zaraz będą. „Jak to, to nic ci nie powiedział? Czekaj, dam ci go”. Już się zaczęłam lekko gotować, ale to był dopiero początek. Zapytał, czy nie mogę przyjechać do domu jego przyjaciółki, do DZIELNICY, Z KTÓREJ WŁAŚNIE PRZYJECHAŁAM, bo będą robić grilla. I że wcześniej do mnie dzwonił, żeby mi to powiedzieć, ale nie odbierałam (nie widziałam połączenia przez problem z jego siecią). A potem zapomniał. I tak tam stałam jak głupia. Cóż, przeprosił, zapłacił mi za taksówkę do miejsca docelowego, a ja jadąc nią nie wiedziałam, czy śmiać się czy płakać z tego wszystkiego.
                Nad chodnikiem, gdzie codziennie przechodzę, od kilku dni zwisa przerwany kabel, na tyle nisko, że można go zaczepić głową. Tzn. ja mogę, przeciętny Meksykanin nie, więc może uznali, że dla większości ludzi nie stanowi to niebezpieczeństwa i można jeszcze trochę poczekać z naprawą.
Oczywiście tak nie jest cały czas, nie ze wszystkimi i nie we wszystkich sprawach. Nie, nie, nie. Życie się toczy, plany są realizowane, z niektórymi nawet szybko i sprawnie. Ale to, co opisałam, zdarza się na tyle często, że po kilku tygodniach masz dość. Najgorsze jest to, że to wpływa na moje nastawienie. Po pewnym czasie udręk przyjęłam stanowisko, że jak nikomu nie zależy, to ja też się nie będę przejmować, szkoda moich nerwów i poświęceń. Jak oni się nie spieszą, to ja też nie będę. Obudziłam się dzisiaj totalnie niewyspania po imprezie i stwierdziłam, że pie*****. Przyjechałam do pracy godzinę później, sprawdziłam facebooka, a teraz siedzę i piszę tego posta. I tak nie mam co robić. Nie, wcale mi się to specjalnie nie podoba. Nie czuję, że to zrelaksowanie, raczej tumiwisizm i degrengolada. Mam nadzieję, że jak już się zacznie ta szkoła, to coś zacznie się dziać i będzie lepiej. Przecież nie mogę taka wrócić do Polski, bo mnie nigdzie nie zatrudnią. Zapomnę wysłać CV, spóźnię się na rozmowę o pracę 40 minut, nieprzygotowana i z podejściem „co ma być, to będzie”.

Ja za to dopełniłam powinności polskiej mentalności i napisałam długaśnego posta z prawie samym narzekaniem przyprawionym ironią, ach, już mi lepiej i bardziej swojsko, tutaj tego nie ma ; ).

wtorek, 9 lipca 2013

Chcę więcej


Ach, co za dzień! Czy tak nie może być codziennie? Po ostatnich tygodniach spędzonych w biurze na siedzeniu na facebooku dzisiaj wreszcie poczułam prawdziwy zastrzyk świeżej energii.
Zaczęło się od tego, że w piątek przyjechał z Kanady (AUTOBUSEM!!!!11) nowy wolontariusz, dzisiaj miał zacząć pracę w AMMACu i rano mieliśmy go oficjalnie przywitać. Patrick pracuje przy programie Misericordia Para Todos (Miłosierdzie Dla Wszystkich), który polega na dostarczaniu żywności do biednych lokalnych społeczności. Program ten zarządzany jest z biura, przy którym mieszkam, ale w którym na co dzień nie pracuję. Rano nie pojechałam więc do biura w centrum, tylko zostałam na miejscu i wzięłam udział w oficjalnym przywitaniu (bandera „Bienvenid@”, meksykański prezent, karta powitalna i milion zdjęć). Potem okazało się, że w ogóle mam nie jechać do biura i ślęczeć przed komputerem, tylko towarzyszyć Patrickowi w pierwszym dniu pracy, bo prawie nie mówi po hiszpańsku. Dla wszystkich, którzy już sobie coś zaczęli wyobrażać: Patrick ma 19 lat ;P. Tak, tak, wiem, że niektórym nie robi to różnicy.
Najpierw pojechaliśmy do hipermarketu Wal-Mart, skąd dostajemy część żywności. Po drodze okazało się, że powinnam była wziąć ze sobą dokument tożsamości, bo inaczej nie wpuszczą mnie do magazynu. Oczywiście nikt z AMMACu mi o tym nie powiedział, liczyli, że sama się domyślę, zgadnę czy coś. Witamy w Meksyku. Na miejscu ostatecznie nie było jednak problemów i razem z Patrickiem i kierowcą Mario weszliśmy na magazyny, gdzie czekały na nas kosze i wózki z warzywami, owocami i chlebem, nie wszystko pierwszej jakości, że się delikatnie wyrażę. Ale już tu do tego przywykłam. Kiedy panowie zajmowali się ustawianiem wszystkich skrzyń na wadze, ja dostałam za zadanie zapisywać kilogramy, a potem je wszystkie zliczyć. Chyba jednak mam coś z księgowej, bo ta część najbardziej mi się podobała i czułam się w niej najbardziej kompetentna :D. Przy okazji pogadałam chwilę z panem pracującym na magazynie, który jako jeden z niewielu Meksykanów wiedział całkiem sporo o Polsce (choć co prawda kręciło się to wokół Auschwitz)! Potem ładowaliśmy wszystko do ciężarówki, przy okazji paćkająć się rozpadającymi się melonami.
Wróciliśmy z towarem do AMMACu w porze lunchu, więc udaliśmy się dość szybko do kuchni. Na wolontariuszy czekało już jedzenie, ale ponieważ było oczywiście mięsne, wzięłam się za odgrzewanie moich warzyw. Co prawda jadłam co innego niż wszyscy, ale super było usiąść ze wszystkimi przy stole, pogadać, pośmiać się… Wreszcie poczułam w pełni, dlaczego mówią, że w AMMACu znajdujesz nie tylko współpracowników, ale i rodzinę. Przy okazji zagadywał do mnie jeden z wolontariuszy z Servicio Comunitario/Social (studenci w Meksyku muszą zrealizować ileśtam godzin pracy społecznej w ramach studiów). I to o książkach! Nie wiem, czemu wybrał sobie akurat ten temat, może chciał się popisać swoją inteligentną i wrażliwą stroną. Powiedział, że w Meksyku się za bardzo nie czyta i on sam dopiero od dwóch lat czyta sam dla siebie. I pokazał mi Nietzschego, którego nosi w torbie. Potem przyszedł czas na najlepsze. Mieliśmy jechać dwoma ciężarówkami z dostawą żywności. Ja miałam jechać z Patrickiem. Ale mój nowy kolega Meksykanin od Nietzschego powiedział: „Ja mogę z tobą jechać. Podobasz mi się”. Po 10 minutach rozmowy, przy stole w kuchni, przy ludziach kręcących się dookoła. Myślałam, że już się nauczyłam trochę o meksykańskiej otwartości i bezpośredniości, ale jak widać to wciąż tylko trochę. Cóż, gdyby nie wyglądał na 20 lat i gdybym nie miała niemalże pewności, że mówi to tylko dlatego, że jestem fajna, bo jestem zza granicy, to może, w sumie to słodki był.
Znalezienie sobie JAKIEGOKOLWIEK Meksykanina nie nastręcza trudności, naprawdę.
No to pojechaliśmy z dostawą. Ja z Kanadyjczykiem dla jasności. Przy okazji pogadaliśmy tyle po angielsku, że zaczął mi się plątać hiszpański, a było to średnio wskazane, bo robiłam też za jego tłumacza (i'm lovin' it). Na miejscu czekaliśmy chyba z godzinę aż wszyscy miejscowi się ogarną i przyjdą ze swoimi wiadrami/koszykami/workami i ustawią je w rządku. Jak już się ogarnęli, zaczęliśmy rozdzielać owoce i warzywa „po równo”, tj. dopóki się wszystkim nie poplątało, bo rąk do rozdzielania było ostatecznie przynajmniej z 5 par i każdy zaczynał z innej strony, jedni od początku, jedni od końca, a niektórzy nawet od środka. Część warzyw i owoców była w niezłym stanie, część w takim sobie, ale najgorsze były podpleśniałe pomidory, które musieliśmy przebierać gołymi rękami szukając tych, które jeszcze się do czegoś nadają. A Meksykanie stali nad swoimi wiadrami/koszykami/workami i nie omieszkali za każdym razem się dopominać, że im jeszcze nie daliśmy albo daliśmy za mało (nawet przy tych pomidorach nie odpuścili). Do tego wszystkiego zaczęło się jeszcze wydzierać dziecko, które siedziało w wózku na środku naszej trasy między wiadrami. Ale wolę to na pewno od biura, a już milion razy bardziej od korporacji, bo to jest ŻYCIE.
Gdy już wszystko rozdzieliliśmy, popakowaliśmy puste pudła i umyliśmy rączki, myślałam, że jedziemy z powrotem do AMMACu. Ale nie. Pojechaliśmy… do domu starców. Po odbiór jakichś dokumentów, a przy okazji dostarczyliśmy im trochę owoców i warzyw. Panowie poszli po skrzynie do samochodu, a ja patrzyłam na ciche patio i chociaż nie widziałam nikogo, czułam jakie to smutne miejsce… Ale nie musiałam sobie tylko tego wyobrażać, bo potem zaprosili nas do środka, żeby poznać mieszkańców. Właśnie wszyscy siedzieli w jadalni i jedli kolację. Nigdy, nigdy, przenigdy nie chcę umierać w takim miejscu. Nigdy, nigdy, przenigdy nie zostawiłabym nikogo z rodziny w takim miejscu. Nie dość, że jesteś stary, schorowany, ledwo się ruszasz i ledwo kontaktujesz co dzieje się dookoła ciebie, to zamiast otoczyć cię życiem, otaczają cię takimi samymi ludźmi i zostaje ci tylko spadać na samo dno. Wszyscy już zawieszeni pomiędzy tutaj a tam. Patrick, chociaż zna po hiszpańsku chyba ze 20 słów, bez obaw podchodził do stolików i rozmawiał z nimi na tyle, na ile mógł. Ja nie mogłam, chodziłam tylko za nim, podziwiałam i próbowałam się nauczyć, jak on to robi. Zapytali, czy ktoś ze staruszków mówi po angielsku i ku mojemu zdziwieniu jeden się zgłosił. Ku mojemu jeszcze większemu zdziwieniu, nie był wcale zniedołężniałym staruszkiem, tylko inteligentnym, w pełni świadomym, całkiem sprawnym starszym panem. Nie wiem doprawdy, co tam robił i jak wytrzymywał będąc zrównanym z ludźmi, którzy już ledwo potrafią się przedstawić…
Po tym lekko wstrząsającym doświadczeniu, zmęczeni wróciliśmy wreszcie do AMMACu. Mój kolega od Nietzschego jeszcze się kręcił, ale poprosił tylko o wspólne zdjęcie ze wszystkimi. Mieliśmy iść z Kasią i Patrickiem na miasto, ale zrobiło się późno, więc dzień pełen wrażeń w zasadzie się zakończył.
Ale… jutro przyjeżdżają nowi wolontariusze, a ja znowu mam zostać na miejscu i tym razem pomagać w budowie drugiego poziomu naszego budynku! Oh yes.

czwartek, 4 lipca 2013

Que pedo bato, czyli język ludzi ulicy



                W poprzednim poście pisałam o dwóch ulicznych wytwórcach i sprzedawcach biżuterii, którzy zabrali nas na piwo i uczyli meksykańskich kolokwializmów. Przykłady: simon zamiast , nariz zamiast nada, bato jako określenie chlopaka i mora jako określenie dziewczyny. Wczoraj okazało się, że niekoniecznie są to słowa, które powinnyśmy używać, bo tak mówią w Meksyku ludzie z najniższej „klasy”. Jako filolog od razu zaczęłam się zastanawiać, czy w języku polskim mamy słowa i zwroty (dobra, pomijając grysperę), które używają tylko ludzie bez wykształcenia? Mi nie przychodzi do głowy żadne, macie jakieś pomysły? Bo co jak co, ale klną wszyscy, tylko że w różnym natężeniu i sytuacjach. Różnice językowe przejawiają się u nas raczej w bogactwie słownictwa i intonacji.
Przejdźmy do części socjologicznej. Od razu zaznaczam, że wszystko co tu teraz napiszę to informacje od jednej osoby. Kolega, który z nami rozmawiał przedstawił nam podział meksykańskiej populacji, a zarazem języka na trzy grupy: profesjonalna/wykształcona, tzw. normalna oraz, powiedzmy, niska. Do tej trzeciej należą nasi nowi znajomi – niewykształceni ludzie, parający się prostymi zawodami, np. sprzedażą uliczną. Powiedział, że są to zazwyczaj bardzo dobrzy, fajni ludzie, z którymi nieźle się rozmawia, ale nie należy wchodzić z nimi w bliższe relacje, tj. nie dawać im swojego telefonu, facebooka, a tym bardziej adresu. Przynajmniej jeśli jest się obcokrajowcem, bo dla nich taka znajomość to nie lada gratka i jak raz się przyczepią, to nie dadzą spokoju. Będą chcieli być twoimi przyjaciółmi, pokazać ci miasto i zasypią cię wiadomościami. Cóż, z tego, co obserwuję, to niestety prawda. Od tego, któremu dałam numer, dostałam już chyba z 6 wiadomości, mimo że na ostatnie trzy nie odpisałam. Ostatnia była zresztą pełnym żalu pytaniem, czemu nie odpowiadam. Drugi przez cały dzień pisze do mojej współlokatorki na facebooku chociaż ona mówi mu, że musi popracować, zrobić kolację itp. i żeby porozmawiali później. Nieodpisywanie nie pomaga, on dalej swoje. Podobnie było z innym „znajomym”, który zaczepił mnie kiedyś, gdy szłam ulicą, koniecznie musiał iść ze mną do sklepu, po drodze pokazał mi swój dom i psa, a potem pytał, czy możemy być przyjaciółmi i chciał ode mnie telefon, żeby się ze mną umówić i pokazać mi miasto (tak jakby mi tu zostało jeszcze wiele do zobaczenia... sorry, ale mekka turystyki to to nie jest). Całe szczęście pod moim domem spotkaliśmy mojego szefa i to spławiło owego „znajomego” zanim zdążyłam dać mu mój numer albo wymyślić wymówkę, żeby tego nie robić. Dochodzą jeszcze przypadki, które opisałam w poprzednim poście. Z kolei nasz kolega opowiedział o Portuglaczyku, który był tu w zeszłym roku, poznał cztery Meksykanki, nieopatrznie dał im swoje dane, dzięki czemu dostawał potem średnio jednego smsa na godzinę, aż w końcu przyszły pod jego dom. Nasz znajomy dodał ponadto, że ci ludzie będą niestety kłamać po to, żeby wydawać się fajniejsi, żebyś ich polubił i żeby być bliżej ciebie. Na to też niestety mam przykład z życia wzięty, bo ten natrętny facebookowicz twierdzi, że studiuje mechatronikę, a nie zna mapy Meksyku i jest na bakier z ortografią.
                Ok, dobra, już wiem, że mam bardziej uważać. Ale w dalszym ciągu najbardziej uderza mnie ten podział. Czy w Polsce między ludźmi wykształconymi a niewykształconymi istnieje taka niewidzialna bariera czy ja jestem jakaś ślepa?? Nie mówię o bezdomnych, tzw. żulach itd., ale o zwykłych pracujących ludziach, np. sprzedających biżuterię na ulicy jak owi znajomi. Od kierowcy autobusu dzisiaj też usłyszałam simon, więc rozumiem, że on chyba też wchodzi do tej „klasy”. I pewnie kasjerki w sklepie, taksówkarze, że o sprzątaczkach nie wspomnę. Co to w ogóle za jakiś niewypowiedziany system kastowy?? „Można z nimi rozmawiać, jest fajnie, ale nie dawaj im numeru telefonu, bo to kłamcy i nie dadzą ci spokoju”. Ok, jak napisałam wyżej, chyba nie można ująć temu stwierdzeniu racji. Ale, ale... jak to? Jak w ogóle można taką część społeczeństwa nazywać ONI, wrzucać do jednej szuflady, narysować między sobą a NIMI linię i trzymać się od NICH na dystans? Nie wiem, czy dobrze potrafię opisać swoje zdziwienie i nie wiem, czy mnie rozumiecie, ale nie umiem w wyobraźni przenieść tego zjawiska na na grunt polski, no, nie umiem. Zapytam jeszcze innych Meksykanów o zdanie, bo nie lubię mieć tego typu informacji z jednego źródła i twierdzić, że wiem na pewno.





wtorek, 2 lipca 2013

Los hombres, czyli gdzie ci mężczyźni


       Kilka koleżanek przed moim wyjazdem poprosiło mnie o przywiezienie im Meksykanina. Sorry, dziewczyny, ale chyba nie będzie tak łatwo. Samej sobie ciężko coś znaleźć, a co dopiero na zamówienie... Najgorszy problem to wzrost. Powiedzmy, że jakaś jedna trzecia jest ode mnie niższa, jedna trzecia mniej więcej tego samego wzrostu i naciągana jedna trzecia wyższa ode mnie.
Natomiast zdecydowanie nie ma problemu z ich dostępnością. Problem w tym, że ilość niekoniecznie idzie w parze z jakością. Gdybym była, delikatnie mówiąc, niewybredna, a przy tym nieostrożna, żeby nie powiedzieć głupia, to pewnie miałabym już za sobą z dziesięć kolacji czy wyjść na kawę i to każdą z kim innym. Był już studenciak z metra, który przez 10 minut przyglądał się, jak uczę się słówek i przeglądam przewodnik po czym popukał mnie w ramię pytając „No eres de aquì?” („Nie jesteś stąd?”), a potem zadzwonił do mojej pracy pod pretekstem zapytania o ekspres do kawy i chciał zdobyć mojego facebooka. Potem w jeden dzień najpierw był studenciak, tym razem szkoły wieczorowej oraz policjant na wakacjach, który pomógł mi znaleźć wejście do metra. Jeden chciał mnie zabrać na kawę, drugi na kolację. Obydwaj niscy, do tego policjant po trzydziestce. Nie wspominając o innych naprawdę beznadziejnych przypadkach, nad którymi nie będę się tutaj rozwodzić oraz o trąbiących samochodach. Nie piszę tego bynajmniej, żeby się chwalić, jakie mam powodzenie, bo po pierwsze wynika ono z tego, że jestem biała i mam jasne włosy, a po drugie, jak mówiłam, ilość niekoniecznie idzie w parze z jakością, a jednak stawiam na to drugie. Myślę, że to po prostu doświadczenia każdej białej dziewczyny w takim kraju. A jeśli wreszcie trafi się ktoś sensowny wśród tego smagłego tłumu, to może się okazać, że będzie miał jasne oczy i może nawet niezbyt meksykańskie korzenie. I w przeciwieństwie do powyższych nie będzie wykazywał większego zainteresowania. 
Ale trzeba im przyznać, że są dżentelmenami, nawet trochę większymi niż w Polsce. Otwieranie drzwi, płacenie za kobietę i inne takie duperele, miłe to, zwłaszcza jak się wychowało w takiej kulturze. Jak sobie przypomnę Finlandię, gdzie faceci pchają się pierwsi w drzwiach…
Pomijając (niedoszłe) relacje bardziej matrymonialne, wczoraj idąc z moją współlokatorką do muzeum zatrzymałyśmy się przy ulicznym „stoisku” (dwie płachty na ziemi) z ręcznie wykonaną biżuterią. Po poprzeglądaniu asortymentu i pogaduszkach ze sprzedającymi chłopakami zostałyśmy zaproszone na regionalne piwo. No i w sumie czemu nie, byłyśmy dwie, a oni nie sprawiali wrażenia, jakby chcieli od nas czegoś więcej poza owym wyjściem na piwo. No i było zabawnie, nie powiem, uczyli nas meksykańskich kolokwializmów i slangu, jeden z nich nie wiedział, gdzie na mapie Meksyku znajduje się region, z którego pochodzi (i chyba w ogóle za bardzo nie wiedział, jak wygląda mapa Meksyku), a jak szliśmy na taksówkę to przedstawiali nas wszystkim ulicznym sprzedawcom, którzy wychodzą z podziemia chyba dopiero po zmierzchu. Teraz chcą nas wyciągnąć na wyprawę autostopem do malowniczego miasteczka położonego w górach, żeby jeździć konno, polować (o, co to, to nie) i żuć jakieś meksykańskie rozweselacze. Brzmi czadersko i niby no risk no fun, ale bez przesady. Czasem się nudzę, ale czasem jak się zacznie dziać… 
Miałam dodawać zdjęcia, ale nie bardzo mam co dodać, więc niech będzie z przypadkowymi chłopakami, którzy weszli na moje zdjęcie. I, o dziwo, nie byli niscy!