Pokazywanie postów oznaczonych etykietą upał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą upał. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 lutego 2014

¿Czy w Meksyku jest zawsze gorąco?



          W poprzednim poście o stereotypach na temat Meksyku zapomniałam zupełnie uwzględnić drugi z najważniejszych obok tego o niebezpieczeństwie: w Meksyku jest zawsze i wszędzie gorąco. Nie mogłabym tak tego zostawić, bo nie spałabym po nocach, więc post ten poświęcę tak uwielbianemu przez nas wszystkich tematowi pogody.
Jako wstęp do rozwinięcia zagadnienia pozwolę sobie wrzucić te kilka zdjęć:







                Po pierwsze należy sobie uświadomić, że Meksyk jest DUŻY, ponadto ma zróżnicowaną powierzchnię i różne strefy klimatyczne. Na położonych na południu terenach tropikalnych takich jak Półwysep Jukatan lub stan Tabasco czy Chiapas faktycznie przez cały rok jest generalnie ciepło, czyli w lecie gorąco, a w zimie dwadzieścia parę stopni, a do tego wilgotno, więc dosyć ciężko się oddycha i trzeba się do tego przyzwyczaić. Jak tylko tam wylądowałam, to miałam wrażenie, jakby przed chwilą padał deszcz, a teraz pod wpływem słońca to wszystko parowało… Nie, tam tak po prostu jest, cały czas. Jednak i na tych terenach, jak i w pozostałych częściach Meksyku są obszary, które znajdują się wysoko, ponad 1000 czy ponad 2000 m n.p.m. i tam oczywiście nie jest tak gorąco. I nie są to wcale jedynie jakieś góralskie wioski, ponieważ samo Mexico City jest położone na wysokości 2240 m n.p.m. i tam temperatura w lecie jest dla mnie idealna, ok. 25 stopni w ciągu dnia. Poza tym Meksyk ma też tereny o klimacie pustynnym i na takowym, czyli w Monterrey w stanie Nuevo León, miałam okazję mieszkać przez większość czasu. A klimat pustynny charakteryzuje się m.in. bardzo dużymi amplitudami temperatury powietrza…
                Od kiedy przyjechałam do Monterrey, słyszałam wiele razy, że pogoda jest tam szalona, nigdy nie wiesz, kiedy i jak się zmieni i że można doświadczyć czterech pór roku w jeden dzień. Stwierdziłam wtedy, że pewnie trochę przesadzają, a poza tym to nic takiego, przecież w Polsce też mamy kwiecień plecień, w marcu jak w garncu itd., a poza tym spędziłam trochę czasu w Anglii, gdzie bezchmurne niebo potrafiło w ciągu niecałej godziny zmienić się w kłębowisko czarnych chmur i lunąć jak z przysłowiowego cebra. Poza tym prawie pięć pierwszych miesięcy mojego pobytu było nieprzerwanym upałem, upałem i skwarem, który w nocy był trochę lżejszy tylko dlatego, że nie było prażącego pod kątem prawie 90 stopni słońca. Zastanawiałam się, po co brałam z Polski te kilka swetrów, które miałam na siebie narzucać wieczorami, skoro okazało się, że i w środku nocy w szortach i koszulce na ramiączkach dalej jest mi za gorąco. Choć zdaje się, że i tak miałam szczęście, bo temperatura w tym czasie oscylowała wokół 36-38 stopni i nigdy nie osiągnęła kultowych 45, którym oddaje hołd ta piosenka, która jest zresztą tak popularna, że wydaje się nieoficjalnym hymnem Monterrey ;). Ale gorące oblicze pustyni trwało do czasu. Najdłuższe (od maja do października, hello???) i najbardziej gorące lato mojego życia zaczęło w końcu chylić się ku końcowi i wtedy przekonałam się, że wszystkie wypowiedzi na temat szalonego klimatu Monterrey nie miały nic, ale to nic z przesady. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Najpierw gdzieś w październiku zrobiło się trochę chłodniej, czyli ok. 25 stopni i poczułam się jak w raju. Ale sielanka potrwała ze dwa tygodnie i nagle ni stąd ni zowąd sieknęło jakimiś 13 stopniami. Tak z dnia na dzień, nie że sobie spadało stopień po stopniu przez tydzień, zapomnijcie, to nie tam. Niby jestem z zimniejszych rejonów, przyzwyczajona do temperatur minusowych, powinnam być też zahartowana przez utrzymujące się tygodniami -30 w Finlandii. Ale przysięgam, że lepiej znosiłam -30 w Finlandii niż +10 w Meksyku. Po pierwsze dlatego, że to przyszło tak nagle, w zasadzie nie było czasu przejściowego nie licząc tych dwóch tygodni, ale spadek z 25 do 13 to też szok. Po drugie oczywiście nie miałam za bardzo odpowiednich ciuchów, bo przy pierwotnym założeniu miałam tam zostać właśnie do października. Ubierałam więc na siebie naraz połowę zawartości mojej szafy. Wcześniej miałam dosyć noszenia na okrągło trzech par szortów, wkrótce miałam mieć dosyć noszenia ciągle tej samej pary dżinsów i tych samych dwóch bluz. NARAZ, oczywiście, plus cienka kurtka. Ale najważniejszym czynnikiem jest po trzecie. Mogłabym jeszcze znieść to, że na dworze jest tak zimno, gdybym miała perspektywę, że gdy tylko znajdę się we wnętrzu, to się zagrzeję. NIE MA TAKIEJ OPCJI. We wnętrzu jest niewiele cieplej niż na dworze. Bo o ile Meksyk jest w miarę przystosowany do upałów, tj. wentylatory pod sufitem, wentylatory stojące, a jak masz szczęście to klimatyzacja, to do zimna nie jest przystosowany w ogóle, w ogóle, ale to w ogóle. I z tego, co słyszałam jest tak w całej Ameryce Łacińskiej. Nie ma ogrzewania. Po prostu nie ma, przynajmniej nie w prywatnych domach, szkołach czy mniejszych zakładach pracy. W centrach handlowych, biurowcach czy na uczelniach podejrzewam, że jest, bo tam mi było ciepło. Albo to kwestia lepszego budownictwa. Ale na co dzień poruszałam się między domem a naszym biurem i walczyłam o przetrwanie. Bo nie dość, że nie ma ogrzewania, to okna są stare i nieszczelne albo nawet się nie domykają, a ściany nie chronią przed zimnem albo wręcz, uwaga, uwaga, je przechowują. Kiedy pogoda zaczęła dalej wariować i po kilku dniach z 10 stopniami częstowała nas znienacka dwudziestoma, zastanawiałam się jak to możliwe, że dalej zamarzam w biurze, a na dworze jest cieplej niż w środku. Dowiedziałam się wtedy, że ściany są gipsowe i przetrzymują czy to zimno, czy to gorąco. Cudownie. Zapytałam, dlaczego nigdzie nie ma ogrzewania, na co dostałam odpowiedź, że się nie opłaca, że nikt by go nie używał, że przecież zimno trwa tak krótko. No więc siedzą w domach, w pracy czy w szkołach w kurtkach, a nawet czapkach. Nie żartuję. Ja do pracy przyniosłam sobie koc i jak palacze odpalają papierosy, tak jak robiłam jedną herbatę za drugą, tylko po to, żeby się trochę rozgrzać. W domu siedziałam w dwóch bluzach, pod dwoma kocami, naturalnie z dziesiątą tego dnia herbatą oraz małym grzejniczkiem skierowanym na nogi. Bo okazało się, że zarówno w domu, jak i w pracy, mamy mały przenośny grzejnik, ale gdybyśmy ja oraz moje współlokatorki z Kolumbii, które też umierały z zimna, się tym nie zainteresowały, to pewnie nikt z Meksykanów by nawet sobie o nim nie przypomniał, bo po co, przecież jest zimno tylko przez jakieś 3-4 miesiące. W ogóle oni są chyba odporni na wszelakie temperatury, przy tych nieziemskich upałach chodzą w dżinsach i zabudowanych butach, a zimno też zdawali się znosić lepiej niż ja… Raz wieczorem byłyśmy u znajomego, na dworze 10 stopni, a drzwi wejściowe były ciągle otwarte, bo jego pies wchodził i wychodził na podwórko. W końcu ktoś powiedział, że jest TROCHĘ zimno, że może by zamknąć drzwi, a kolega stwierdził, że nawet nie zauważył, że były otwarte…
                Ale jak wspomniałam, miałam jeszcze okazję odetchnąć i się ogrzać, bo potem nagle przez chwilę zrobiło się znowu 30 stopni, potem znowu 10 (w nocy do 1 stopnia, a ja wybrałam się wtedy na imprezę, myślałam, że umrę w moich trampkach), potem dwadzieścia i tak w kółko, choć jednak z przewagą tego okropnego zimna. Na początku nie chciałam wierzyć prognozom pogody, które mówiły, że z 8 stopni w środę przeskoczymy na 26 w sobotę, ale potem przestałam się już dziwić. Któregoś dnia, gdy szłam rano do pracy, było ciepło i przyjemnie, na krótki rękaw, a kilka godzin później, gdy wychodziłam, wciąż za dnia, było już 11 stopni. Jednak okazało się, że Monterrey nie chce przestać zadziwiać i zdziwiłam się znowu, jak usłyszałam ze 2-3 tygodnie temu, że jest tam 28 stopni, a 2 dni temu nagle wszyscy wrzucali na facebooka pogodowe screeny z 0 stopniami i pisali jak to padał śnieg z deszczem… Nie muszę nawet wchodzić na serwisy pogodowe, żeby śledzić pogodę w Mty, bo jest tak po****na, to znaczy, przepraszam, nieokiełznana, że przy każdej drastycznej zmianie śledzę wysyp screenów z aktualną temperaturą.
                Do tej historii wypadałoby jeszcze dorzucić naszą weekendową wycieczkę do miasteczka Real de Catorce, na którą wybraliśmy się we wrześniu, czyli kiedy w Monterrey panowały jeszcze upały. Wiedziałam, że Real jest położone w górach i że muszę wziąć coś cieplejszego, ale i tak okazałam się totalnie nieprzygotowana, bo nie dość, że było zimno, to trafiliśmy na porę deszczową oraz szalejące huragany, które przynosiły jeszcze więcej opadów i przez dwa dni chodziliśmy totalnie przemoczeni i wymarznięci. Do tego w „hotelu”, gdzie nocowaliśmy, przeciekał dach i mieliśmy zalaną całą podłogę, a ja, jak odkryłam rano, również połowę bluzy, którą zostawiłam na wezgłowiu łóżka, akurat pod dziurą w suficie. Po dwóch dniach miałam wrażenie, że wszystko, wszystko jest mokre i zimne, ściany, wszystkie moje ciuchy i w ogóle wszystko, czego się dotknę. 
 
O, tu chwilowo nie padało.

Tu już wróciło do normy.


                Także tego, jakbyście się wybierali do Meksyku, to lepiej sprawdźcie uważnie i z detalami klimat regionu (regionów), do którego jedziecie. I nie pytajcie miejscowych o opinię, jakie ubrania ze sobą zabrać, bo oni nie odczuwają temperatury jak normalni ludzie.

piątek, 21 czerwca 2013

Piąty tydzień



Saludos para mis amigos mexicanos que quizàs entran mi blog, pero no entienden ni jota xD
Tak, wiem, dawno nic nie pisałam. Ostatnio był jakiś dziwny okres i nie miałam weny. Teraz jest już 23, a ja obiecałam sobie, że pójdę spać wcześniej… Ale obiecałam sobie też, że napiszę, więc muszę napisać! Choćby króciutko. To wszystko przez to, że zaczęłam wrzucać zdjęcia na facebooka. Dlatego ten post będzie bez zdjęć, zresztą wątpię, że mam czytelnika nie z facebooka, który nie mógłby tam zobaczyć mojego rozrastającego się albumu.
Minął już ponad miesiąc w Monterrey, nie wiem, jak i kiedy. Zdecydowanie za szybko, ponad jedna piąta już za mną, a ja nie czuję, że wykorzystuję mój czas tutaj w pełni. Czasem dzieje się dużo, a czasem nic. Jednocześnie mam tu przecież po prostu normalne życie – chodzę do pracy, gotuję, piorę, robię zakupy – więc trudno oczekiwać, że każdy dzień będzie fascynującą przygodą. Ale na szczęście moje dwie podróże, które planuję – Mexico City i stan Chiapas, nabierają konkretniejszych kształtów. Zdaje się, że mam już kompanów podróży i mniej więcej określone daty, ale nie będę nic zdradzać, żeby nie zapeszać : ). Bądź co bądź, jaram się!
Najważniejszą dla mnie kwestią w moim podsumowaniu miesiąca jest język. Jest lepiej, jest dużo lepiej! Już nie „no, mój hiszpański na pewno się trochę poprawia, uczę się nowych słówek i na pewno rozumiem trochę więcej niż na początku…”. Nie. JEST LEPIEJ. Nie wiem, kiedy dokładnie się to stało, ale w którymś momencie uświadomiłam sobie, że już tak nie stękam, że wypowiadanie przeze mnie zdania są płynniejsze, że już tak nie szukam słów i, co najważniejsze, że ROZUMIEM. Oczywiście nie wszystko, czasem wciąż nic i muszę pytać trzy razy o powtórzenie, ale czuję wielką różnicę w tym, jak się czuję z hiszpańskim, jak się czuję, gdy ktoś do mnie mówi i na ile jestem w stanie nadążać za rozmowami native’ów. A był kryzys, oj, straszny… Powiedzieli mi, że będę śmigać po dwóch tygodniach, jak jeden chłopak z Niemiec i czułam się nieswojo, kiedy po tych dwóch tygodniach poszłam na imprezę i dalej średnio mogłam sobie pogadać. Ale po kolejnych dwóch… co za odmiana! Prawda jest taka, że u każdego to przebiega inaczej i każdy potrzebuje inną ilość czasu. Jak się cieszę! Już nie czuję się jak tuman : ).
Kolejna rzecz to gorąc. Myślałam, że do tego nigdy się nie przyzwyczaję, bo upały generalnie znoszę źle. A tu niespodzianka… Przestały mi aż tak przeszkadzać. Oczywiście jest mi gorąco, ale jestem w stanie funkcjonować i nie męczy mnie to specjalnie. Dobrze, że się trochę oswoiłam, bo w lipcu i sierpniu może tu być nawet 45 stopni… A Wy narzekacie na upały w Polsce, buahaha ;P.
Dzisiaj z moją nową współlokatorką z Polski (o imieniu… tadam, tadam, Kasia) nie poszłyśmy do biura, tylko wysłali nas do pomocy przy innym programie, w ramach którego dostarczana jest żywność dla ubogich. Najpierw pomagałyśmy przy selekcji warzyw i owoców (czyt. odkrawanie zgniłych części), a potem pojechałyśmy towarzyszyć dostawie do społeczności lokalnych. Przy okazji dostałyśmy od szefa zadanie, które mi nijak nie przypasowało, bo polegało na nawiązaniu wyreżyserowanego kontaktu i przeprowadzeniu wyreżyserowanej rozmowy, czyli coś czego nienawidzę… Najpierw miałyśmy pogadać z młodymi Meksykanami, którzy pomagają w AMMAC, bo muszą, a niekoniecznie chcą (tego wymaga program ich szkoły) i zatrząść ich światopoglądem opowiadając, dlaczego zdecydowałyśmy się przyjechać na inny kontynent, żeby pracować za darmo. No pięknie. A potem w społecznościach lokalnych nawiązać ciepłe stosunki, dowiedzieć się o nich jak najwięcej, a najlepiej to jeszcze sprawić, żeby zaprosili nas do siebie do domu! O ile to pierwsze jakoś wyszło, to drugie nie było na moje siły. Zdecydowanie wolałam przebierać cebule i sałaty. Tak, wiem, wyzwanie, przełamywanie siebie i inne pierdoły. Może następnym razem. Zobaczymy, co przyniosą kolejne dni, tygodnie i miesiące, ale wiem, że muszę wykorzystać je bardziej!