Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szok kulturowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szok kulturowy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Randomalne fakty i przemyślenia na temat Meksyku



                Nadal wszystko zrelaksowane i opóźnione o średnio 40 minut. Wczorajszy i dzisiejszy dzień przebiły wszystko (no, poza znajomym z innego posta, który zmienił miejsce spotkania i zapomniał mi o tym powiedzieć). Wczoraj wyjechaliśmy na imprezę o 21 i do ok. 1 w nocy zajęło nam ogarnięcie się, co i gdzie właściwie robimy tej nocy. Dzisiaj odwoziłyśmy z Victorią z Kolumbii wolontariusza na lotnisko taksówką po czym okazało się, że owa taksówka mogła nas zabrać NA lotnisko, ale nie może nas zabrać Z lotniska, bo nie jest federalna (?), tylko z miejsca dwa kilometry dalej, dokąd musiałyśmy maszerować w pełnym słońcu. Łącznie z czekaniem (nieodłączny element tutejszego życia, choć czasem nie wiadomo, na co/dlaczego czekasz), zastanawianiem się i rozmawianiem z policją, cała impreza trwała 3 godziny zamiast przewidywanej półtorej, przez co nie poszliśmy na planowany mecz AIESECu. Czasem mam ochotę potrząsnąć tym wszystkim i powiedzieć „Weź się ogarnij, Meksyku”, ale z drugiej strony sama się już taka trochę zrobiłam. Ma to swoje dobre strony, w Polsce za często byłam zestresowana, tutaj prawie nigdy. Złe strony są takie, że jak wrócę do Polski z takim nastawieniem, to wszyscy mnie znienawidzą.
                O Europie, nie oszukujmy się, nie wiedzą za wiele i to nawet ci z wyższą edukacją. Oczywiście są i tacy, którzy znają historię i geografię nie tylko Europy, ale nawet trochę Polski, bo są zainteresowani tematem, ale nie spotkałam wiele takich osób. Nawet jeśli ktoś odwiedził jeden czy dwa europejskie kraje, to niekoniecznie nie wie, gdzie leżą pozostałe. Nie chcę oceniać wszystkich przez pryzmat jednej osoby, więc napiszę, że mam w pracy koleżankę (z wykształceniem wyższym), która: a) oznajmiła mi, że przyjeżdża do nas wolontariuszka z Czechosłowacji, a na moją reakcję, że taki kraj nie istnieje, machnęła ręką i stwierdziła, że w Meksyku to wszystko jedno (rozmawiałam potem o tym z innymi Meksykanami i nie uznali jej ignorancji za normalną, więc mi ulżyło), b) wydaje jej się, że Europa jest trochę jak jeden wielki kraj – mamy ten sam system edukacji, te same zachowania i przyzwyczajenia: była w Anglii i we Włoszech, więc wie, jacy są Polacy i Finowie, c) zapytała mnie, co to jest „Helsinki”, d) stwierdziła, że fajnie byłoby pojechać do Korei Północnej (po czym opowiedziałam jej historię o złym Kim Dzong Unie i zmieniła zdanie). Ale chyba najbardziej rozwalił mnie panujący tu wśród niektórych stereotyp, że Europejczycy nie myją się codziennie, tylko np. 3 razy w tygodniu... Ktoś miał jakichś znajomych z Francji, którzy nie brali codziennego prysznica, no i poszła fama... Ja oczywiście rozumiem, że my jesteśmy europocentryczni i wydaje nam się, że wszyscy powinni mieć wiedzę o Europie w małym palcu, podczas gdy tu jest przecież Ameryka Łacińska i to ona jest w centrum uwagi. Ja też nie wiem prawie nic o Boliwii czy Ekwadorze, więc oni nie muszą o Polsce. Ale są dla mnie pewne skrajne, podkreślam, SKRAJNE, przypadki, które jak dla mnie przekraczają granice tej niewiedzy. Raz spotkałam się z tym, że ktoś mnie zapytał, czy Polska jest częścią Niemiec. Kiedy indziej zapytali mnie, czy w Polsce mówi się po polsku czy po niemiecku (nie wiem, co oni mają z tymi Niemcami, ale akurat o tym kraju wiedzą coś więcej i wydają się nim zainteresowani). Ktoś inny myślał, że mówimy po angielsku (te same osoby rozmawiając z Kolumbijką, po hiszpańsku oczywiście, zapytały się jej, po jakiemu mówi się w Kolumbii). Już się przyzwyczaiłam, że kiedy mówię, że jestem z Polski, to zazwyczaj muszę opowiadać o moim kraju wszystko, od podstaw, czasem zacząwszy nawet od tego, że jest w Europie. Ale wynika to z tego, że spotykam tu różnych ludzi, także niespecjalnie edukowanych. Wybaczam wszystko, serio...
                Ale inna rzecz po trzech miesiącach doprowadza mnie już do białej gorączki. Tydzień temu byliśmy w centrum handlowym, zgłodniałam i postanowiłam kupić coś do jedzenia, co nie jest tu dla mnie byle jakim wyczynem. Przeszłam wszystkie bary i resturacje, było ich ok. 15, z czego może w 4 miejscach miałam jakiś wegetariański wybór. Ale to przeżyję, akceptuję to i się przyzwyczaiłam. Natomiast jak podeszłam do jednego z miejsc i na moje pytanie, czy wszystkie tostadas są z mięsem, usłyszałam „nie, są z kurczakiem”, to myślałam, że szlag mnie trafi. To jest, kurde, zabawne przez pierwsze dwa tygodnie. Po trzech miesiącach tłumaczenia ZA KAŻDYM RAZEM (nie przesadzam), że kurczak to też mięso, że był zwierzęciem, miał oczy i biegał, masz dość, serdecznie dość. Ok, może to zalatywać ode mnie lekką hipokryzją, skoro jem ryby, ale do tego, że je traktuje się inaczej niż resztę mięsa albo raczej w ogóle nie jak mięso, już się przyzwyczaiłam. Ja jednak uważam ryby za mięso, dlatego wolę mówić, że jestem prawie wegetarianką. Co prawda dwa razy przestałam jeść ryby, ale to już inna historia. Ale KURCZAK???!!?? Tak, tak, tłumaczą mi, że tutaj za mięso uważa się mięso czerwone, a kurczak i ryby należą do białego. Nie zmienia to faktu, że są żywieniowymi ignorantami, w wielu kwestiach, niestety. Koleżanka z pracy (ta od Czechosłowacji), po jakichś dwóch miesiąch znajomości i, wydawało mi się, mniej więcej znajomości również moich zwyczajów żywieniowych, zapytała mnie, z zupełnie poważną miną: „Ale szynkę jesz, prawda?”. Myślałam, że żartuje, ale przyjrzałam się jej uważnie i to niestety było na serio. Powiedziała, że szynka to przecież co innego i że miała koleżanką wegetariankę, która jadła kurczaka i szynkę. Aha, chyba „wegetariankę”. Tutaj większość ludzi nie rozumie, czym jest wegetarianizm, a już o weganiźmie to prawie nikt nie słyszał. Znam tu jedną, słownie: jedną, wegetariankę, a o innym wegetarianinie słyszałam. W porównaniu z tym Polska wydaje się bezmięsnym rajem. Choć i tu zdarzają się na szczęście restauracje i sklepy wegetariańskie, mimo, jak mniemam, małego popytu. To, że Meksykanie przodują wśród innych krajów w otyłości i mają ogromny procent zachorowań na cukrzycę (szóste miejsce na świecie, zdaje się), mówi samo za siebie. To nie tylko kwestia jedzenia takich ilości mięsa, ale też przetworzonej żywności i cukru. Spożycie Coca-Coli też jest tutaj ogromne.
                W ogóle w niektórych kwestiach Meksyk wydaje mi się, no, nie 100 lat za Murzynami, ale 20 lat za Europą na pewno. Przeczytałam, że nadal legalnie buduje się tu z azbestu. Małe dzieci podróżują w samochodach na przednim siedzeniu na kolanach dorosłego. Kultura na drodze – ciągle trąbią, wyprzedzają jeden drugiego mijając się o kilkanaście centymetrów, nie przepuszczają pieszych na pasach, ba, możesz stać już na środku tych pasów, a oni przejadą ci przed nosem. Gdy znajomy z pracy przyniósł do pracy serek Philadelphia i okazało się, że jest on już przykryty niezłym pleśniowym dywanikiem, ów znajomy próbował wygrzebać jeszcze spod tego to, co rzekomo nadawało się do zjedzenia. Musiałam go uświadomić, że wszystko jest do wyrzucenia. W większości toalet uprasza się o niewrzucanie papieru toaletowego do sedesu, tylko do kosza na śmieci. Tak, tak, dobrze przeczytaliście, papieru toaletowego. Wynika to z kiepskiej kanalizacji. Myślałam, że takie rzeczy to tylko na Ukrainie i w życiu nie spodziewałabym się tego tutaj. (Nie)stety nie stosuję się do tych zasad, dzięki czemu ze dwa razy zdarzyło mi się zatkać kibel, ale jestem gotowa na takie poświęcenie ; P.
                Nie, nie skończy się na narzekaniu. Zazwyczaj najbardziej rzucają się nam w oczy rzeczy, które nas denerwują i to o nich jest najłatwiej pisać. Ale przecież i tak kocham ten kraj ; ).
                Ma wspaniałą bogatą kulturę. Mimo że jestem dumna z bycia Polką, to jednak przy meksykańskiej kulturze wypadamy trochę blado... Meksyk jest ogromny, każdy stan różni się od siebie, ma trochę inną kuchnię, inne specjały. Miejsc do zwiedzania jest od groma (jak tylko wyjedziesz z Monterrey, ekhm…): piramidy, tzw. pueblos mágicos, czyli magiczne miasteczka, zabytki koloniale, kościoły, muzea, przepiękna natura. Rękodzieło jest piękne i zachwyca kolorami. Wciąż żyje tu wiele ludów etnicznych kultywująch stare prekolumbijskie zwyczaje. Ja jestem zresztą urzeczona przez przekolumbijskie cywilizacje, mogłabym oglądać ich stare płaskorzeźby i wyroby rzemieślnicze godzinami. Jedzenie jest zazwyczaj bardzo dobre, kolorowe i aromatyczne (pomijając to mięso). No i ludzie, najważniejsi są ludzie!
Oni są w większości cudowni. Są bardziej otwarci, bardziej radośni i bardziej przystępni niż w Polsce. NIE NARZEKAJĄ. Witają cię z uśmiechem, czujesz, że chcą z tobą szczerze rozmawiać, nie krępują cię swoim towarzystwem, chce się z nimi być. Wiele osób mówiło mi już tutaj „Mi casa es tu casa” („Mój dom jest twoim domem”), w tym osoby, które ledwo znałam, i oni to mówią NA SERIO, nie tylko po to, żeby powiedzieć. I uwielbiam tutejsze imprezy. Wybaczcie mi, ale polskie się dla mnie nie umywają. Tutaj ŻADNA impreza, na której byłam, nie skończyła się pokazywaniem sobie głupich filmików na youtubie. I nie potrafię sobie wyobrazić, że któraś mogłaby się tak skończyć. Ludzie przychodzą, żeby ze sobą pogadać, pośmiać się, powygłupiać, potańczyć i naprawdę robią to przez cały wieczór, a jak zaczynają opadać z sił, to po prostu jadą do domu. Jak przychodzą, to z każdym z osobna się witają, jak odchodzą, to z każdym się żegnają, całusem w policzek (tutaj to norma, jak wrócę do Polski, to będę się musiała pilnować, żeby tego z każdym nie robić) i uściskiem. Nie czujesz od nikogo dystansu. I jeszcze nie widziałam, żeby ktoś się schlał na umór, upił na tzw. smutno albo zaliczył zgona. Niby twierdzą, że dużo piją, ale nie widzieli polskiego obalania wódki... I bardzo mnie to cieszy, i wcale za tym nie tęsknię. W Polsce kiedy na imprezie się zmęczysz i siądziesz w kącie, ktoś przyjdzie, zapyta, czy wszystko ok i sobie pójdzie. Tutaj siądą koło ciebie i zaczną rozmawiać, zawołają cię, żebyś przyszedł i dołączył do rozmowy albo wyciągną do tańczenia. I to naprawdę WYCIĄGNĄ, za ręce, nie uznając żadnego sprzeciwu. Wszyscy dbają o to, żebyś dobrze się bawił i nie był sam. W poprzednią sobotę poszłam na imprezę po trzech godzinach w pubie spędzonych na oglądaniu meczu i tańczeniu, byłam już zmęczona i zastanawiałam się, jak przetrwać kolejne parę godzin, ale okazało się, że bawiłam się najlepiej z całych trzech miesięcy, które tu spędziłam. Było po prostu nieziemsko, pogadałam sobie, wytańczyłam się tak, że przez dwa kolejne dni bolały mnie plecy (starość nie radość), a na koniec jeszcze mogłam sobie zaśpiewać na karaoke : ). Nie wiem, czy zagranicznych praktykantów traktują tu z jakąś większą atencją (;)), ale ja czuję się, jakby wszyscy o mnie dbali, wszyscy mnie lubili i nie czuję obaw, czy mogę do kogoś podejść i pogadać. Wczoraj trochę ni stąd ni zowąd wylądowałam na jakiejś studenckiej imprezie i nie miałam jak wrócić do domu, ale dwóch znajomych, których znałam od niedawna i pobieżnie, zaproponowało, że mogę przenocować u nich. Spali w jednym pokoju, a ja dostałam własne łóżko i świeżą pościel. Ok, oni akurat są Kolumbijczykami, ale wśród Meksykanów to też normalne. Tu jest jakby nieważne, jak długo kogoś znasz. Od razu jest tak, jakbyś znał go od dawna, bez dystansu.
Dzisiaj na lotnisku odwożąc Patricka z Kanady na samolot poznałyśmy z Victorią nie dość, że jego dziewczynę Meksykankę, to i całą jej rodzinę, która zaczęła z nami rozmawiać, wypytywać o wszystko po czym wymieniłam się z jej bratem facebookiem, żeby przesłał mi wspólne zdjęcia z Patrickiem z lotniska. Stwierdziłyśmy z Victorią, że byli tylko o krok od powiedzenia „Mi casa es tu casa” ;P. Są powody, by wracać, ale jest wystarczająca ilość powodów do tego, żeby jeszcze zostać...

piątek, 26 lipca 2013

O mentalności słów kilka


             Co się da, to na ostatnią chwilę, a i wtedy bez pośpiechu. W poniedziałek przyjechała do nas nowa wolontariuszka, więc w środę zaczęli przygotowywać jej pokój. W środę PO, nie PRZED, dla jasności. Przez dwa dni spała na sofie i nie mogła się rozpakować. Nie zdają sobie sprawy, jak to jest przyjechać pierwszy raz do obcego kraju, nic nie ogarniać, być zmęczonym i po prostu chcieć dostać kawałek własnej przestrzeni, żeby odetchnąć. O wszystkie inne rzeczy (żeby coś naprawili, kupili itp.) zazwyczaj trzeba prosić dwa albo trzy razy, bo za pierwszym zapomną albo oleją. O planach, zmianach w planach itd. informują cię na chwilę przed albo w ogóle, bo uznają, że ktoś inny ci powie albo się domyślisz. Tak np. pojechałam po odebranie żywności do supermarketu bez dowodu tożsamości, ale na szczęście mnie wpuścili. Raz wstałyśmy rano, zebrałyśmy się, już wychodziłyśmy spóźnione do pracy, kiedy powiedzieli nam, że w biurze dalej nie naprawili internetu (od 3 dni; tak szczerze to nie widziałam, żeby ktoś się spieszył z tą naprawą) i że mamy zostać. Tylko że wiedzieli już to przynajmniej od godziny, więc nie wiem, czemu nie powiedzieli wcześniej, normalnie byłybyśmy już w drodze. Albo wstajesz rano i dowiadujesz się, że zaraz jedziemy odebrać nowych wolontariuszy z lotniska. To akurat spoko, przynajmniej jakaś odmiana. Niektóre niespodzianki są fajne, owszem, ale nie zawsze i nie wszystkie. Trzeba być gotowym na wszystko i o każdej porze. Tak jest oczywiście w mojej organizacji, nie chcę mówić, że w całym kraju, podejrzewam, że np. korporacje są bardziej ogarnięte, bo tam czas to pieniądz.
Czasem zaczyna się planować rzeczy z dużym wyprzedzeniem, ale zazwyczaj jest to słomiany zapał, a potem i tak wszystko się rozpieprza i jest robione w ostatnim momencie. Zaczęłam pracę koordynatorki Saturday School w połowie maja i dowiedziałam się, że wszystko mamy zaplanować i mieć gotowe na długo przed początkiem roku szkolnego, żeby potem od sierpnia iść i uczyć. Moja zwierzchniczka poprosiła mnie w maju o napisanie 20 planów zajęć na kolejny semestr. W czerwcu, w momencie gdy miałam chyba 3, powiedziała, że za tydzień mamy mieć spotkanie z wolontariuszami, którzy będą dla nas uczyć i żebym miała wtedy gotowe już wszystkie. Powiedziałam, że nie napiszę 17 planów w tydzień, więc stanęło na 10. Ostatecznie napisałam chyba 8, a spotkanie zostało przesunięte o dobry tydzień czy dwa, a gdy już się odbyło, spotkaliśmy się tylko z jedną dziewczyną. Szkołę, gdzie mamy uczyć od następnego semestru, znaleźliśmy już ponad miesiąc temu i po grzebaniu się przez dwa tygodnie w końcu poszliśmy z ofertą programu do pani dyrektor. Miesiąc później, czyli dwa dni temu, odpowiedziała ostatecznie, że nie są zainteresowani. O czym moja zwierzchniczka poinformowała mnie dzień później i to tylko dlatego, że sama zapytałam. Gdyby nie to, pewnie dalej bym nie wiedziała, ale co mnie to obchodzi, przecież jestem tylko koordynatorką całego programu. Tak więc zaczynamy zajęcia za miesiąc, ale nie wiemy gdzie i myślę, że dowiemy się w ostatnim momencie albo w ogóle trzeba będzie przesunąć początek zajęć. Mistrzowie planowania z wyprzedzeniem, oklaski.
                Poza pracą podejście do czasu i planów też jest raczej luźne... To, że jeśli impreza ma zacząć się o 20, to zaczyna się o 21, jest normą, ale nawet aiesecowe comiesięczne spotkanie umówione na 15, zaczęlo się o 16, bo od 15:45 spokojniutko zaczęli się schodzić ludzie. Czasem mamy coś zrobic, gdzieś iść, ale stoimy i czekamy i jestem jedyną osobą, która pyta, na co właściwie. I wtedy czasem okazuje się, że nie wszyscy wiedzą, tylko ich to nie zainteresowało. Robienie planów na niedzielę najlepiej zaczynać w niedzielę, no, najwcześniej w sobotę, ale ostrożnie, żeby nikogo nie spłoszyć swoją nadgorliwością.
                Najbardziej skrajnym przypadkiem było, gdy umówiłam się ze znajomym na planowanie naszej wycieczki. Przejechałam 45 minut autobusem i metrem do kawiarni, gdzie go nie zastałam. Zadzwoniłam do niego, on się zdziwił i powiedział, że wysłał mi wiadomość na facebooku, że jeszcze nie wrócił do Monterrey, bo nie było lotów. Ok, nie doszło, nie wiem czemu, nie jego wina. Umówiliśmy się na następny dzień, ta sama godzina, to samo miejsce. Znowu przejechałam 45 minut autobusem i metrem, weszłam do kawiarni, a jego nie było. Dzwonię, nie odbiera. Dzwonię do jego przyjaciółki, pytam, czy z nim jest i że błagam, żeby mi powiedziała, że zaraz będą. „Jak to, to nic ci nie powiedział? Czekaj, dam ci go”. Już się zaczęłam lekko gotować, ale to był dopiero początek. Zapytał, czy nie mogę przyjechać do domu jego przyjaciółki, do DZIELNICY, Z KTÓREJ WŁAŚNIE PRZYJECHAŁAM, bo będą robić grilla. I że wcześniej do mnie dzwonił, żeby mi to powiedzieć, ale nie odbierałam (nie widziałam połączenia przez problem z jego siecią). A potem zapomniał. I tak tam stałam jak głupia. Cóż, przeprosił, zapłacił mi za taksówkę do miejsca docelowego, a ja jadąc nią nie wiedziałam, czy śmiać się czy płakać z tego wszystkiego.
                Nad chodnikiem, gdzie codziennie przechodzę, od kilku dni zwisa przerwany kabel, na tyle nisko, że można go zaczepić głową. Tzn. ja mogę, przeciętny Meksykanin nie, więc może uznali, że dla większości ludzi nie stanowi to niebezpieczeństwa i można jeszcze trochę poczekać z naprawą.
Oczywiście tak nie jest cały czas, nie ze wszystkimi i nie we wszystkich sprawach. Nie, nie, nie. Życie się toczy, plany są realizowane, z niektórymi nawet szybko i sprawnie. Ale to, co opisałam, zdarza się na tyle często, że po kilku tygodniach masz dość. Najgorsze jest to, że to wpływa na moje nastawienie. Po pewnym czasie udręk przyjęłam stanowisko, że jak nikomu nie zależy, to ja też się nie będę przejmować, szkoda moich nerwów i poświęceń. Jak oni się nie spieszą, to ja też nie będę. Obudziłam się dzisiaj totalnie niewyspania po imprezie i stwierdziłam, że pie*****. Przyjechałam do pracy godzinę później, sprawdziłam facebooka, a teraz siedzę i piszę tego posta. I tak nie mam co robić. Nie, wcale mi się to specjalnie nie podoba. Nie czuję, że to zrelaksowanie, raczej tumiwisizm i degrengolada. Mam nadzieję, że jak już się zacznie ta szkoła, to coś zacznie się dziać i będzie lepiej. Przecież nie mogę taka wrócić do Polski, bo mnie nigdzie nie zatrudnią. Zapomnę wysłać CV, spóźnię się na rozmowę o pracę 40 minut, nieprzygotowana i z podejściem „co ma być, to będzie”.

Ja za to dopełniłam powinności polskiej mentalności i napisałam długaśnego posta z prawie samym narzekaniem przyprawionym ironią, ach, już mi lepiej i bardziej swojsko, tutaj tego nie ma ; ).

piątek, 12 lipca 2013

Mój pierwszy dzień w Meksyku



Nie chcę chwilowo myśleć o tym, co jest, a raczej, czego nie ma, więc cofnijmy się w czasie o prawie dwa miesiące. Nigdy nie napisałam, jak wyglądał mój pierwszy dzień w Meksyku. Cóż, tak naprawdę nie był łatwy, a ja nie szalałam z radości. Otumaniał mnie gorąc, ból nogi, a mój system nerwowy krzyczał „dość” z powodu nieogarniania nowego świata, w którym się znalazł. Ale zacznijmy od początku, od momentu postawienia stopy na meksykańskiej ziemi.
Tak naprawdę ciężko stwierdzić, kiedy ten moment dokładnie nastąpił, bo nie wysiadaliśmy z samolotu na płytę tylko do tuby. Następnie razem z tłumem współpasażerów szliśmy długo, długo i długo aż doszliśmy do kontroli granicznej. To tu mieli zdecydować, czy wpuszczą cię do kraju. Przeczekałam swoje, pokazałam wypełniony formularz, który dostałam wcześniej w samolocie, pan zadał mi kilka pytań na temat celu mojego przyjazdu, przybił pieczątkę i już. Zostałam oficjalnie wpuszczona do Meksyku na 180 dni! Teraz muszę tego papierka z pieczątką strzec jak oka w głowie i okazać go przy wyjeździe, bo inaczej mogą być problemy.
Następnym etapem była kontrola bagażu (także głównego), która przyprawiła mnie o lekkie nerwy z powodu JABŁKA, które wiozłam ze sobą od Brukseli. Otóż regulamin głosił, że nie można wwozić do Meksyku m.in. żywych zwierząt, owoców, nasion czy leków w większej ilości. Leków miałam od groma (minerały i suplementy na 5 miesięcy), ale na to machnęłam ręką. Natomiast co z jabłkiem, co jak je znajdą?!? Po chwili namysłu postanowiłam się go pozbyć. Teraz to śmieszne, ale też byście trochę panikowali, jakbyście przekraczali meksykańską granicę :D. Oczywiście do niczego się nie przyczepili, rutynowo prześwietlili bagaż i byłam wolna, gotowa, by wyruszyć w głąb kraju moich marzeń. Yes!
Zaraz po wyjściu zobaczyłam kantor, wymieniłam 100 dolarów po kiepskim kursie, kupiłam bilet na autobus do centrum i udałam się na poszukiwania stanowiska nr 67. Gdy wreszcie wyszłam z hali, uderzyła mnie fala gorąca i zaduchu. A ja w długich dżinsach i zabudowanych butach.
Po drodze zobaczyłam, że koleś, którego kojarzyłam z samolotu (trudno przegapić kogoś z kolorowymi dredami zawiązanymi w kok na czubku głowy) idzie prawdopodobnie na ten sam autobus, więc zagadałam i zaczęliśmy szukać stanowiska razem. W autobusie trochę pogadaliśmy, okazało się, że jest z Węgier, a jego sposób na życie to popracować, odłożyć kasę i wyjechać w podróż. Właśnie zaczynał kolejną, bez większego planu, nie miał biletu powrotnego na Węgry ani nawet hostelu na najbliższą noc i nie wiedział, gdzie pojedzie dalej. Kiedy powiedziałam, że ja sobie zarezerwowałam hostel na najbliższe dwie noce, uśmiechnął się i stwierdził, że wszystko lubię mieć zaplanowane. Hym.
Na dworcu autobusowym w centrum Cancun pożegnaliśmy się, on poszedł szukać jakiegoś hostelu, a ja swojego, Mundo Maya. Wytoczyłam się z dworca z moją wielką torbą na zalaną żarem ulicę, w ręce dzierżąc mapę i szukając jakichś tabliczek z nazwami ulic, żeby zorientować się, gdzie jestem i w którą iść stronę. Zaraz wypatrzył mnie jakiś miejscowy i zaoferował się, że mi pomoże. Od razu wyczułam, że nie jest to bezinteresowne, ale zgodziłam się, bo czułam się totalnie zagubiona. Pędził przed siebie prowadząc mnie do skrzyżowania z ulicą, na której miał być mój hostel, a ja próbowałam za nim nadążyć ciągnąc moją wielką torbę przez wszystkie wielkie krawężniki. Nie przyszło mu nawet do głowy, żeby mi z nią pomóc. Gdy już doprowadził mnie do skrzyżowania, powiedziałam, że dalej poradzę sobie sama, bo chciałam się go pozbyć i nie chciałam, żeby potem żądał ode mnie kroci za maszerowanie ze mną przez pół miasta. Zapytał żałosnym głosem cwaniaczka, czy mam coś dla niego za wielką przysługę, którą mi wyświadczył. Jeszcze się za bardzo nie orientowałam w wartości peso i nie wiedziałam, ile mu dać. Powiedział, że chciałby mieć na napój, który kosztuje 17 peso, więc wyciągnęłam dwudziestopesowy (?) banknot. Zobaczył, że mam w portfelu setkę i nagle to ona mu się spodobała, ale szybko przeliczyłam sobie, że to jakieś 30 zł i stanowczo odmówiłam. Dostał w końcu 20 peso, ale teraz dałabym mu góra 5, a najchętniej to kopa w dupę za wykorzystywanie ludzi w potrzebie.
I niestety Cancun tak wygląda, bo przyjeżdżają tam rzesze amerykańskich turystów. Będąc białym człowiekiem nie możesz spokojnie przejść koło żądnej restauracji, żadnego stoiska z pamiątkami, bo wypatrzą cię w odległości 15 metrów i zaczną ze wszystkich sił nagabywać. Obejrzenie pamiątek było więc dla mnie w zasadzie niemożliwe, bo niczego nie da się obejrzeć, jak ktoś ci wisi nad głową i pokazuje coraz to gorsze badziewia, jakie ma na stanie. Nie wiem, jakim cudem ludzie uważają to za najlepszą metodę handlu, na mnie nic nie działa gorzej i bardziej odstraszająco.
Wracając do mojej drogi do hostelu. Szłam przez kolejne 10 minut, umierając z gorąca, pocąc się niemiłosiernie i oczywiście w dalszym ciągu ciągnąc mój wielki tobół. Krawężniki były strasznie wysokie i prawie nie było podjazdów. Po drodze trąbiła na mnie każda taksówka. Aż zobaczyłam hostel. Ale byłam po drugiej stronie ulicy, a nigdzie nie widziałam przejścia. Jeszcze nie wiedziałam, że w Meksyku przechodzi się przez ulicę, gdzie się chce, ale i tak postanowiłam to zrobić i przetoczyłam się przez kolejne dwa krawężniki, które rozdzielały pasy ruchu (kto, k****, projektował to miasto). Właściciel hostelu widział moje zmagania przez okno i wyszedł mi na przywitanie. Wyglądałam jak siedem nieszczęść. Gdy już wtarabaniliśmy po schodach moją torbę i pokazał mi, co, gdzie i jak, spełniłam swoje największe marzenie tamtej chwili, czyli poszłam pod prysznic. A potem padłam na łóżku w chłodzącym powietrzu z wentylatora. I bolała mnie noga, czy raczej opadała ze zmęczenia. Towarzyszyło mi to już od Brukseli, przez cały lot, a teraz było chyba najgorzej. Robiło się tylko trochę lżej, kiedy leżałam. Nie wiedziałam, jak mam w takim stanie ruszać w dalszą podróż i w ogóle funkcjonować.
Mimo że trochę poleżałam i odpoczęłam, chyba nawet zasnęłam, noga dalej nie była specjalnie gotowa do dalszego chodzenia. Ale byłam głodna i potrzebowałam też czegoś na śniadanie, więc wyszłam do sklepu. Było już po zmroku. Doszłam zgodnie ze wskazówkami do supermarketu i chociaż miałam wyobrażenie, co chcę kupić, to spędziłam tam dobre 40 minut popadając w załamanie nerwowe. Byłam zmęczona, głodna, zagubiona, ze szwankującą nogą na obcym kontynencie, chciałam tylko zrobić podstawowe zakupy, żeby mieć co jeść, ale się nie dało. Chleb – jakieś ogromne, gąbczaste tostowe wytwory. Żadnych bułek na sztuki. W końcu kupiłam… chrupki. Coś do chleba, czyt. chrupek – tylko Philadelphia. Sery żółte same topione, więc nawet nie ruszałam. Nie znałam żadnych produktów, nie byłam w stanie ocenić, czy ceny są wysokie, czy niskie, wszystko musiałam przeliczać i porównywać do cen innych produktów tego samego typu. Do tego ten totalny stan zdezorientowania, kiedy jesteś pierwszy dzień sam w obcym kraju. Za dużo informacji, których system nerwowy nie nadąża przetwarzać. Kto przeżył, ten wie. 
W końcu zapełniłam koszyk mniej więcej tym, co chciałam i zmęczona oraz zdezorientowana wróciłam do hostelu spać i czekać, że jutro będzie lepiej. I na szczęście było. Wyleczyło mnie Morze Karaibskie. 


sobota, 1 czerwca 2013

Każdy nowy dzień rodzi nowe paranoje


Każdy nowy dzień tutaj jest niespodzianką ;P. Mieszkam w pokoju, który znajduje się na tyłach biura organizacji AMMAC, dla której pracuję, a reszta pomieszczeń (kuchnia, pralnia) są wspólne ze wszystkimi ludźmi, którzy się tu kręcą. W związku z tym każdego dnia coś znika albo niespodziewanie przybywa. Dzisiaj na przykład szukałam miski, żeby zrobić pranie i okazało się, że została użyta jako suszarka do naczyń. Do tego robienie pranie oznacza zawsze przekładanie z suszarki/z pralki/z umywalki stosów pomarańczowych koszulek AMMAC-u, które dają wszystkim wolontariuszom. Tak, ja też mam. W pomieszczeniu, które służy jako pralnia, od jakiegoś tygodnia stoi (leży?) piñata (http://pl.wikipedia.org/wiki/Piniata) przedstawiająca Dzwoneczek z Piotrusia Pana. Niestety do dzisiaj nie dowiedziałam się, dlaczego. Naczynia myjemy proszkiem do prania rozpuszczonym w wodzie w kubku po jogurcie. Raz kiedy chciałam zrobić pranie, akurat postanowili kupić środek do mycia naczyń, więc dla równowagi uprałam ubrania w proszku do mycia naczyń.
Jedzenie – o, to jest temat rzeka! AMMAC codziennie dostaje stosy warzyw, owoców i chleba, które potem rozdaje potrzebującym. Ja i moja współlokatorka, Daniela z Kolumbii, możemy sobie codziennie brać z tego, co chcemy. W praktyce wygląda to tak, że kiedy przychodzimy późnym popołudniem z pracy (pracujemy w innym biurze) nie ma już prawie nic i pierwszym, co robię, jest udanie się na poszukiwanie tego, co zostało po innych albo w przypływie geniuszu pomyśleli, żeby nam zostawić. Miejsce poszukiwań nr 1 – duża, śmierdząca lodówka w kuchni. Każdy może brać z niej, co chce, a są tam cuda-niewidy, tylko niekoniecznie to, co akurat potrzebujesz. Teraz mamy chyba dwie papaje, tortille (oczywiście), truskawki drugiej świeżości (norma), chyba jeszcze kaktusa (jadalnego), dużo żarcia dla psa (pilnuje nas w nocy) i nie pomnę, co jeszcze, a nie chce mi się teraz wstawać, żeby sprawdzić. Miejsce poszukiwań nr 2 – całe biuro i porozrzucane po nim skrzynki i worki, w których najczęściej znajdują się bułki albo drożdżówki (akurat tego jest zawsze pod dostatkiem). Jeśli do tej pory nie znajdę warzyw i owoców, udaję się do garażu, który służy też jako magazyn i najczęściej o tej porze jest już zamknięty, więc muszę prosić szefa (który mieszka naprzeciwko) o otworzenie. Większość tego, co się tam znajduje o tej porze, jest już drugawej świeżości, ale zawsze wygrzebię coś, co dobrze wygląda. Aczkolwiek na co trafisz – nigdy nie wiesz. Dziś np. wzięłam ogórka i dwie cukinie. Jakiś tydzień temu zostawili nam skrzynię warzyw i owoców i było fajnie, ale potem chyba zapomnieli to powtórzyć. Dwa razy się upominałam, muszę upomnieć się bardziej. Co prawda dostajemy raz na tydzień 350 pesos, ale to tylko ok. 100 złotych i jakaś jedna trzecia idzie na dojazdy do pracy.
Teraz zaczęła się jeszcze zabawa pt. „Ile sprzętów na raz może być włączonych zanim pójdą bezpieczniki?”. Wcześniej nie działo się nic, ale nagle przez ostatnie dwa dni spaliły się trzy razy, z czego ostatni raz minionej nocy i musiałyśmy spać bez klimatyzacji (a jest cholernie duszno), a rano myć się po ciemku. Niestety to właśnie owa klimatyzacja najbardziej obciąża system elektryczny. Mają go wymienić na dniach, ale na razie chodzi na raz tylko jedna z dwóch naszych lodówek i wyłączamy klimatyzację na czas robienia prania.
Poza tym moja komórka (albo sieć) zwariowała i wczorajszego smsa od znajomego „Aqui te espero” (Czekam tu na Ciebie) dostałam kilkanaście razy, od wczorajszego wieczora do dzisiejszej godziny 12, bo wtedy przyszedł (na razie) ostatni. Gdy tylko weszłam dziś do biura, powiedziałam owemu znajomemu, że bardzo mu dziękuję, ale żeby już na mnie nie czekał.
Cóż, przynajmniej nie jest nudno i jest o czym pisać oraz śmiać się z Danielą ;P.
Pora spać, bo jutro ostatnia Saturday School przed wakacjami!

sobota, 25 maja 2013

Nauka języka poprzez zanurzenie

         Albo nastąpił jakiś dla mnie jakiś językowy przełom albo mam po prostu lepszy dzień hiszpańskiego. Być może jest to jedno i drugie, bo bywają różnie dni i nawet mieszkając w Finlandii miewałam „dni beznadziejnego fińskiego”. Bądź co bądź, dzisiaj nagle odkryłam, że coś się zmieniło. Że rozumiem więcej. Że dalej nie wyłapuję wielu słów, ale jestem w stanie się więcej domyśleć. Że jestem nawet w stanie wyłapać wątki, a czasem całe zdania z rozmów native’ów! I mówię też lepiej, aż tak się nie zacinając. Nawet czasem odmieniam czasowniki w Preterito Indefinido bez większego zastanowienia. I polubiliśmy się z czasownikiem decir (mówić), który wcześniej nienawidziłam za jego odmianę. Mam tylko nadzieję, że jutro się nie obudzę i nie będzie tak jak wcześniej.

         Jeszcze do dzisiejszego ranka czułam się jak dziecko z upośledzeniem umysłowym, które zna 20 rzeczowników, 10 czasowników oraz 10 przymiotników i potrafi sformułować za ich pomocą proste zdania, które pozwalają mu przetrwać i wyrazić podstawowe potrzeby (Jestem głodna, Zimno mi, Jestem zmęczona). Kiedy próbowałam powiedzieć coś bardziej skomplikowanego albo nie daj Boże opowiedzieć jakąś historię, wszyscy patrzyli na mnie w skupieniu, ale i tak często nie wiedzieli, co próbuję wydobyć ze swojej głowy na światło dzienne. Naprawdę, po tygodniu zaczyna to być już bardzo irytujące. Niektórzy mówią do mnie czasami angielsku, ale to denerwuje mnie jeszcze bardziej, bo wtedy już w ogóle czuję się jak ktoś specjalnej troski i wykluczony z hiszpańskojęzycznego środowiska. Już wystarczy, że kiedy rozmawiają między sobą, czuję się jak totalny outsider, bo nic nie rozumiem. Sama przestałam mówić po angielsku po jakichś 3 dniach – używam tylko pojedynczych słów, zwrotów albo zdań, gdy naprawdę nie mogę się wyrazić. Mówienie po angielsku uważam za poddanie się, za osobistą porażkę. I w ten sposób na pewno się nie nauczę. Najgorsze jest to, że niektórzy podświadomie traktują cię jak kogoś naprawdę upośledzonego. Niby wiedzą, że jesteś inteligentny i tacy jak oni, ale przez sposób, w jaki się wysławiasz, zaczynają traktować cię jak dziecko, sami pewnie do końca nie zdając sobie z tego sprawy. Muszę ciągle powtarzać „Tak, wiem”, „Zrozumiałam”, kiedy tłumaczą mi najprostsze sprawy i najprostsze słowa. Dwa dni temu jeden koleś z pracy pokazywał mi, jak wygląda tortilla i znowu skoczyło mi ciśnienie. Moja współlokatorka nie pozwala mi na razie jechać albo wracać samej z pracy (pracujemy razem), bo przecież się zgubię albo mnie porwą. Przecież na pewno nie pamiętam nazw przystanków albo pojadę w drugą stronę. Przecież ja nic nie rozumiem. Nieważne, że podróżowałam sama do Anglii, do Finlandii, do Hiszpanii. Jesteśmy w AMERYCE. Co najmniej jakby to była inna planeta. A ja nie lubię ograniczania mojej swobody poruszania się, oj, nie lubię. Cóż, tym bardziej muszę się spiąć i polepszyć mój hiszpański, może wtedy przestanie uważać mnie za zagubione dziewczątko.
         Hiszpański na szczęście już mi się tak nie miesza z fińskim, ale dalej najwięcej problemów sprawia mi słówko se. W hiszpańskim to jakby się, a w fińskim oznacza to, więc w obydwu używa się go bardzo często, przez co ciągle wpycham to nieszczęsne se, gdzie nie trzeba. Poza tym brakuje mi w hiszpańskim passivi i nagminnie używam czasu teraźniejszego jako przyszłego. Ciekawe, jak będzie wyglądał mój fiński za 5 miesięcy...
Kolejna sprawa to odmiana hiszpańskiego, której tu używają. Nawet gramatyka się różni, np. forma drugiej osoby liczby mnogiej. W Hiszpanii mówią vosotros teneìs, w Ameryce Łacińskiej ustedes tienen. Ciekawe, co odkryję dalej. No i słownictwo! Na zakończenie notki lista latynoamerykańskich, meksykańskich i monterreyskich słówek, które do tej pory poznałam:

el carro (chyba głównie północny Meksyk) – samochód (w Hiszpanii el coche)
la alberca (Ameryka Łacińska) – basen (w Hiszpanii la piscina)
el celular (Am.Łac.) – telefon komórkowy (w Hiszpanii el móvil)
güey (Meksyk) – coś jak „ej, stary” albo angielskie „dude”
padre (Meksyk) – fajne, cool
¿Qué onda? (Meksyk) – co słychać? co tam?
Regio/Regia (tylko Monterrey?) – mieszkaniec/mieszkanka Monterrey
cuera (Monterrey) – normalnie oznacza skórę, ale w Monterrey również też coś słodkiego, fajnego (jak angielskie cute)

Pewnie jeszcze coś było, ale nie pamiętam : ). Jutro muszę wcześnie wstać, bo jedziemy z dzieciakami ze szkoły do Bio Parku. Dobranoc!