Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poczucie czasu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poczucie czasu. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Randomalne fakty i przemyślenia na temat Meksyku



                Nadal wszystko zrelaksowane i opóźnione o średnio 40 minut. Wczorajszy i dzisiejszy dzień przebiły wszystko (no, poza znajomym z innego posta, który zmienił miejsce spotkania i zapomniał mi o tym powiedzieć). Wczoraj wyjechaliśmy na imprezę o 21 i do ok. 1 w nocy zajęło nam ogarnięcie się, co i gdzie właściwie robimy tej nocy. Dzisiaj odwoziłyśmy z Victorią z Kolumbii wolontariusza na lotnisko taksówką po czym okazało się, że owa taksówka mogła nas zabrać NA lotnisko, ale nie może nas zabrać Z lotniska, bo nie jest federalna (?), tylko z miejsca dwa kilometry dalej, dokąd musiałyśmy maszerować w pełnym słońcu. Łącznie z czekaniem (nieodłączny element tutejszego życia, choć czasem nie wiadomo, na co/dlaczego czekasz), zastanawianiem się i rozmawianiem z policją, cała impreza trwała 3 godziny zamiast przewidywanej półtorej, przez co nie poszliśmy na planowany mecz AIESECu. Czasem mam ochotę potrząsnąć tym wszystkim i powiedzieć „Weź się ogarnij, Meksyku”, ale z drugiej strony sama się już taka trochę zrobiłam. Ma to swoje dobre strony, w Polsce za często byłam zestresowana, tutaj prawie nigdy. Złe strony są takie, że jak wrócę do Polski z takim nastawieniem, to wszyscy mnie znienawidzą.
                O Europie, nie oszukujmy się, nie wiedzą za wiele i to nawet ci z wyższą edukacją. Oczywiście są i tacy, którzy znają historię i geografię nie tylko Europy, ale nawet trochę Polski, bo są zainteresowani tematem, ale nie spotkałam wiele takich osób. Nawet jeśli ktoś odwiedził jeden czy dwa europejskie kraje, to niekoniecznie nie wie, gdzie leżą pozostałe. Nie chcę oceniać wszystkich przez pryzmat jednej osoby, więc napiszę, że mam w pracy koleżankę (z wykształceniem wyższym), która: a) oznajmiła mi, że przyjeżdża do nas wolontariuszka z Czechosłowacji, a na moją reakcję, że taki kraj nie istnieje, machnęła ręką i stwierdziła, że w Meksyku to wszystko jedno (rozmawiałam potem o tym z innymi Meksykanami i nie uznali jej ignorancji za normalną, więc mi ulżyło), b) wydaje jej się, że Europa jest trochę jak jeden wielki kraj – mamy ten sam system edukacji, te same zachowania i przyzwyczajenia: była w Anglii i we Włoszech, więc wie, jacy są Polacy i Finowie, c) zapytała mnie, co to jest „Helsinki”, d) stwierdziła, że fajnie byłoby pojechać do Korei Północnej (po czym opowiedziałam jej historię o złym Kim Dzong Unie i zmieniła zdanie). Ale chyba najbardziej rozwalił mnie panujący tu wśród niektórych stereotyp, że Europejczycy nie myją się codziennie, tylko np. 3 razy w tygodniu... Ktoś miał jakichś znajomych z Francji, którzy nie brali codziennego prysznica, no i poszła fama... Ja oczywiście rozumiem, że my jesteśmy europocentryczni i wydaje nam się, że wszyscy powinni mieć wiedzę o Europie w małym palcu, podczas gdy tu jest przecież Ameryka Łacińska i to ona jest w centrum uwagi. Ja też nie wiem prawie nic o Boliwii czy Ekwadorze, więc oni nie muszą o Polsce. Ale są dla mnie pewne skrajne, podkreślam, SKRAJNE, przypadki, które jak dla mnie przekraczają granice tej niewiedzy. Raz spotkałam się z tym, że ktoś mnie zapytał, czy Polska jest częścią Niemiec. Kiedy indziej zapytali mnie, czy w Polsce mówi się po polsku czy po niemiecku (nie wiem, co oni mają z tymi Niemcami, ale akurat o tym kraju wiedzą coś więcej i wydają się nim zainteresowani). Ktoś inny myślał, że mówimy po angielsku (te same osoby rozmawiając z Kolumbijką, po hiszpańsku oczywiście, zapytały się jej, po jakiemu mówi się w Kolumbii). Już się przyzwyczaiłam, że kiedy mówię, że jestem z Polski, to zazwyczaj muszę opowiadać o moim kraju wszystko, od podstaw, czasem zacząwszy nawet od tego, że jest w Europie. Ale wynika to z tego, że spotykam tu różnych ludzi, także niespecjalnie edukowanych. Wybaczam wszystko, serio...
                Ale inna rzecz po trzech miesiącach doprowadza mnie już do białej gorączki. Tydzień temu byliśmy w centrum handlowym, zgłodniałam i postanowiłam kupić coś do jedzenia, co nie jest tu dla mnie byle jakim wyczynem. Przeszłam wszystkie bary i resturacje, było ich ok. 15, z czego może w 4 miejscach miałam jakiś wegetariański wybór. Ale to przeżyję, akceptuję to i się przyzwyczaiłam. Natomiast jak podeszłam do jednego z miejsc i na moje pytanie, czy wszystkie tostadas są z mięsem, usłyszałam „nie, są z kurczakiem”, to myślałam, że szlag mnie trafi. To jest, kurde, zabawne przez pierwsze dwa tygodnie. Po trzech miesiącach tłumaczenia ZA KAŻDYM RAZEM (nie przesadzam), że kurczak to też mięso, że był zwierzęciem, miał oczy i biegał, masz dość, serdecznie dość. Ok, może to zalatywać ode mnie lekką hipokryzją, skoro jem ryby, ale do tego, że je traktuje się inaczej niż resztę mięsa albo raczej w ogóle nie jak mięso, już się przyzwyczaiłam. Ja jednak uważam ryby za mięso, dlatego wolę mówić, że jestem prawie wegetarianką. Co prawda dwa razy przestałam jeść ryby, ale to już inna historia. Ale KURCZAK???!!?? Tak, tak, tłumaczą mi, że tutaj za mięso uważa się mięso czerwone, a kurczak i ryby należą do białego. Nie zmienia to faktu, że są żywieniowymi ignorantami, w wielu kwestiach, niestety. Koleżanka z pracy (ta od Czechosłowacji), po jakichś dwóch miesiąch znajomości i, wydawało mi się, mniej więcej znajomości również moich zwyczajów żywieniowych, zapytała mnie, z zupełnie poważną miną: „Ale szynkę jesz, prawda?”. Myślałam, że żartuje, ale przyjrzałam się jej uważnie i to niestety było na serio. Powiedziała, że szynka to przecież co innego i że miała koleżanką wegetariankę, która jadła kurczaka i szynkę. Aha, chyba „wegetariankę”. Tutaj większość ludzi nie rozumie, czym jest wegetarianizm, a już o weganiźmie to prawie nikt nie słyszał. Znam tu jedną, słownie: jedną, wegetariankę, a o innym wegetarianinie słyszałam. W porównaniu z tym Polska wydaje się bezmięsnym rajem. Choć i tu zdarzają się na szczęście restauracje i sklepy wegetariańskie, mimo, jak mniemam, małego popytu. To, że Meksykanie przodują wśród innych krajów w otyłości i mają ogromny procent zachorowań na cukrzycę (szóste miejsce na świecie, zdaje się), mówi samo za siebie. To nie tylko kwestia jedzenia takich ilości mięsa, ale też przetworzonej żywności i cukru. Spożycie Coca-Coli też jest tutaj ogromne.
                W ogóle w niektórych kwestiach Meksyk wydaje mi się, no, nie 100 lat za Murzynami, ale 20 lat za Europą na pewno. Przeczytałam, że nadal legalnie buduje się tu z azbestu. Małe dzieci podróżują w samochodach na przednim siedzeniu na kolanach dorosłego. Kultura na drodze – ciągle trąbią, wyprzedzają jeden drugiego mijając się o kilkanaście centymetrów, nie przepuszczają pieszych na pasach, ba, możesz stać już na środku tych pasów, a oni przejadą ci przed nosem. Gdy znajomy z pracy przyniósł do pracy serek Philadelphia i okazało się, że jest on już przykryty niezłym pleśniowym dywanikiem, ów znajomy próbował wygrzebać jeszcze spod tego to, co rzekomo nadawało się do zjedzenia. Musiałam go uświadomić, że wszystko jest do wyrzucenia. W większości toalet uprasza się o niewrzucanie papieru toaletowego do sedesu, tylko do kosza na śmieci. Tak, tak, dobrze przeczytaliście, papieru toaletowego. Wynika to z kiepskiej kanalizacji. Myślałam, że takie rzeczy to tylko na Ukrainie i w życiu nie spodziewałabym się tego tutaj. (Nie)stety nie stosuję się do tych zasad, dzięki czemu ze dwa razy zdarzyło mi się zatkać kibel, ale jestem gotowa na takie poświęcenie ; P.
                Nie, nie skończy się na narzekaniu. Zazwyczaj najbardziej rzucają się nam w oczy rzeczy, które nas denerwują i to o nich jest najłatwiej pisać. Ale przecież i tak kocham ten kraj ; ).
                Ma wspaniałą bogatą kulturę. Mimo że jestem dumna z bycia Polką, to jednak przy meksykańskiej kulturze wypadamy trochę blado... Meksyk jest ogromny, każdy stan różni się od siebie, ma trochę inną kuchnię, inne specjały. Miejsc do zwiedzania jest od groma (jak tylko wyjedziesz z Monterrey, ekhm…): piramidy, tzw. pueblos mágicos, czyli magiczne miasteczka, zabytki koloniale, kościoły, muzea, przepiękna natura. Rękodzieło jest piękne i zachwyca kolorami. Wciąż żyje tu wiele ludów etnicznych kultywująch stare prekolumbijskie zwyczaje. Ja jestem zresztą urzeczona przez przekolumbijskie cywilizacje, mogłabym oglądać ich stare płaskorzeźby i wyroby rzemieślnicze godzinami. Jedzenie jest zazwyczaj bardzo dobre, kolorowe i aromatyczne (pomijając to mięso). No i ludzie, najważniejsi są ludzie!
Oni są w większości cudowni. Są bardziej otwarci, bardziej radośni i bardziej przystępni niż w Polsce. NIE NARZEKAJĄ. Witają cię z uśmiechem, czujesz, że chcą z tobą szczerze rozmawiać, nie krępują cię swoim towarzystwem, chce się z nimi być. Wiele osób mówiło mi już tutaj „Mi casa es tu casa” („Mój dom jest twoim domem”), w tym osoby, które ledwo znałam, i oni to mówią NA SERIO, nie tylko po to, żeby powiedzieć. I uwielbiam tutejsze imprezy. Wybaczcie mi, ale polskie się dla mnie nie umywają. Tutaj ŻADNA impreza, na której byłam, nie skończyła się pokazywaniem sobie głupich filmików na youtubie. I nie potrafię sobie wyobrazić, że któraś mogłaby się tak skończyć. Ludzie przychodzą, żeby ze sobą pogadać, pośmiać się, powygłupiać, potańczyć i naprawdę robią to przez cały wieczór, a jak zaczynają opadać z sił, to po prostu jadą do domu. Jak przychodzą, to z każdym z osobna się witają, jak odchodzą, to z każdym się żegnają, całusem w policzek (tutaj to norma, jak wrócę do Polski, to będę się musiała pilnować, żeby tego z każdym nie robić) i uściskiem. Nie czujesz od nikogo dystansu. I jeszcze nie widziałam, żeby ktoś się schlał na umór, upił na tzw. smutno albo zaliczył zgona. Niby twierdzą, że dużo piją, ale nie widzieli polskiego obalania wódki... I bardzo mnie to cieszy, i wcale za tym nie tęsknię. W Polsce kiedy na imprezie się zmęczysz i siądziesz w kącie, ktoś przyjdzie, zapyta, czy wszystko ok i sobie pójdzie. Tutaj siądą koło ciebie i zaczną rozmawiać, zawołają cię, żebyś przyszedł i dołączył do rozmowy albo wyciągną do tańczenia. I to naprawdę WYCIĄGNĄ, za ręce, nie uznając żadnego sprzeciwu. Wszyscy dbają o to, żebyś dobrze się bawił i nie był sam. W poprzednią sobotę poszłam na imprezę po trzech godzinach w pubie spędzonych na oglądaniu meczu i tańczeniu, byłam już zmęczona i zastanawiałam się, jak przetrwać kolejne parę godzin, ale okazało się, że bawiłam się najlepiej z całych trzech miesięcy, które tu spędziłam. Było po prostu nieziemsko, pogadałam sobie, wytańczyłam się tak, że przez dwa kolejne dni bolały mnie plecy (starość nie radość), a na koniec jeszcze mogłam sobie zaśpiewać na karaoke : ). Nie wiem, czy zagranicznych praktykantów traktują tu z jakąś większą atencją (;)), ale ja czuję się, jakby wszyscy o mnie dbali, wszyscy mnie lubili i nie czuję obaw, czy mogę do kogoś podejść i pogadać. Wczoraj trochę ni stąd ni zowąd wylądowałam na jakiejś studenckiej imprezie i nie miałam jak wrócić do domu, ale dwóch znajomych, których znałam od niedawna i pobieżnie, zaproponowało, że mogę przenocować u nich. Spali w jednym pokoju, a ja dostałam własne łóżko i świeżą pościel. Ok, oni akurat są Kolumbijczykami, ale wśród Meksykanów to też normalne. Tu jest jakby nieważne, jak długo kogoś znasz. Od razu jest tak, jakbyś znał go od dawna, bez dystansu.
Dzisiaj na lotnisku odwożąc Patricka z Kanady na samolot poznałyśmy z Victorią nie dość, że jego dziewczynę Meksykankę, to i całą jej rodzinę, która zaczęła z nami rozmawiać, wypytywać o wszystko po czym wymieniłam się z jej bratem facebookiem, żeby przesłał mi wspólne zdjęcia z Patrickiem z lotniska. Stwierdziłyśmy z Victorią, że byli tylko o krok od powiedzenia „Mi casa es tu casa” ;P. Są powody, by wracać, ale jest wystarczająca ilość powodów do tego, żeby jeszcze zostać...

piątek, 26 lipca 2013

O mentalności słów kilka


             Co się da, to na ostatnią chwilę, a i wtedy bez pośpiechu. W poniedziałek przyjechała do nas nowa wolontariuszka, więc w środę zaczęli przygotowywać jej pokój. W środę PO, nie PRZED, dla jasności. Przez dwa dni spała na sofie i nie mogła się rozpakować. Nie zdają sobie sprawy, jak to jest przyjechać pierwszy raz do obcego kraju, nic nie ogarniać, być zmęczonym i po prostu chcieć dostać kawałek własnej przestrzeni, żeby odetchnąć. O wszystkie inne rzeczy (żeby coś naprawili, kupili itp.) zazwyczaj trzeba prosić dwa albo trzy razy, bo za pierwszym zapomną albo oleją. O planach, zmianach w planach itd. informują cię na chwilę przed albo w ogóle, bo uznają, że ktoś inny ci powie albo się domyślisz. Tak np. pojechałam po odebranie żywności do supermarketu bez dowodu tożsamości, ale na szczęście mnie wpuścili. Raz wstałyśmy rano, zebrałyśmy się, już wychodziłyśmy spóźnione do pracy, kiedy powiedzieli nam, że w biurze dalej nie naprawili internetu (od 3 dni; tak szczerze to nie widziałam, żeby ktoś się spieszył z tą naprawą) i że mamy zostać. Tylko że wiedzieli już to przynajmniej od godziny, więc nie wiem, czemu nie powiedzieli wcześniej, normalnie byłybyśmy już w drodze. Albo wstajesz rano i dowiadujesz się, że zaraz jedziemy odebrać nowych wolontariuszy z lotniska. To akurat spoko, przynajmniej jakaś odmiana. Niektóre niespodzianki są fajne, owszem, ale nie zawsze i nie wszystkie. Trzeba być gotowym na wszystko i o każdej porze. Tak jest oczywiście w mojej organizacji, nie chcę mówić, że w całym kraju, podejrzewam, że np. korporacje są bardziej ogarnięte, bo tam czas to pieniądz.
Czasem zaczyna się planować rzeczy z dużym wyprzedzeniem, ale zazwyczaj jest to słomiany zapał, a potem i tak wszystko się rozpieprza i jest robione w ostatnim momencie. Zaczęłam pracę koordynatorki Saturday School w połowie maja i dowiedziałam się, że wszystko mamy zaplanować i mieć gotowe na długo przed początkiem roku szkolnego, żeby potem od sierpnia iść i uczyć. Moja zwierzchniczka poprosiła mnie w maju o napisanie 20 planów zajęć na kolejny semestr. W czerwcu, w momencie gdy miałam chyba 3, powiedziała, że za tydzień mamy mieć spotkanie z wolontariuszami, którzy będą dla nas uczyć i żebym miała wtedy gotowe już wszystkie. Powiedziałam, że nie napiszę 17 planów w tydzień, więc stanęło na 10. Ostatecznie napisałam chyba 8, a spotkanie zostało przesunięte o dobry tydzień czy dwa, a gdy już się odbyło, spotkaliśmy się tylko z jedną dziewczyną. Szkołę, gdzie mamy uczyć od następnego semestru, znaleźliśmy już ponad miesiąc temu i po grzebaniu się przez dwa tygodnie w końcu poszliśmy z ofertą programu do pani dyrektor. Miesiąc później, czyli dwa dni temu, odpowiedziała ostatecznie, że nie są zainteresowani. O czym moja zwierzchniczka poinformowała mnie dzień później i to tylko dlatego, że sama zapytałam. Gdyby nie to, pewnie dalej bym nie wiedziała, ale co mnie to obchodzi, przecież jestem tylko koordynatorką całego programu. Tak więc zaczynamy zajęcia za miesiąc, ale nie wiemy gdzie i myślę, że dowiemy się w ostatnim momencie albo w ogóle trzeba będzie przesunąć początek zajęć. Mistrzowie planowania z wyprzedzeniem, oklaski.
                Poza pracą podejście do czasu i planów też jest raczej luźne... To, że jeśli impreza ma zacząć się o 20, to zaczyna się o 21, jest normą, ale nawet aiesecowe comiesięczne spotkanie umówione na 15, zaczęlo się o 16, bo od 15:45 spokojniutko zaczęli się schodzić ludzie. Czasem mamy coś zrobic, gdzieś iść, ale stoimy i czekamy i jestem jedyną osobą, która pyta, na co właściwie. I wtedy czasem okazuje się, że nie wszyscy wiedzą, tylko ich to nie zainteresowało. Robienie planów na niedzielę najlepiej zaczynać w niedzielę, no, najwcześniej w sobotę, ale ostrożnie, żeby nikogo nie spłoszyć swoją nadgorliwością.
                Najbardziej skrajnym przypadkiem było, gdy umówiłam się ze znajomym na planowanie naszej wycieczki. Przejechałam 45 minut autobusem i metrem do kawiarni, gdzie go nie zastałam. Zadzwoniłam do niego, on się zdziwił i powiedział, że wysłał mi wiadomość na facebooku, że jeszcze nie wrócił do Monterrey, bo nie było lotów. Ok, nie doszło, nie wiem czemu, nie jego wina. Umówiliśmy się na następny dzień, ta sama godzina, to samo miejsce. Znowu przejechałam 45 minut autobusem i metrem, weszłam do kawiarni, a jego nie było. Dzwonię, nie odbiera. Dzwonię do jego przyjaciółki, pytam, czy z nim jest i że błagam, żeby mi powiedziała, że zaraz będą. „Jak to, to nic ci nie powiedział? Czekaj, dam ci go”. Już się zaczęłam lekko gotować, ale to był dopiero początek. Zapytał, czy nie mogę przyjechać do domu jego przyjaciółki, do DZIELNICY, Z KTÓREJ WŁAŚNIE PRZYJECHAŁAM, bo będą robić grilla. I że wcześniej do mnie dzwonił, żeby mi to powiedzieć, ale nie odbierałam (nie widziałam połączenia przez problem z jego siecią). A potem zapomniał. I tak tam stałam jak głupia. Cóż, przeprosił, zapłacił mi za taksówkę do miejsca docelowego, a ja jadąc nią nie wiedziałam, czy śmiać się czy płakać z tego wszystkiego.
                Nad chodnikiem, gdzie codziennie przechodzę, od kilku dni zwisa przerwany kabel, na tyle nisko, że można go zaczepić głową. Tzn. ja mogę, przeciętny Meksykanin nie, więc może uznali, że dla większości ludzi nie stanowi to niebezpieczeństwa i można jeszcze trochę poczekać z naprawą.
Oczywiście tak nie jest cały czas, nie ze wszystkimi i nie we wszystkich sprawach. Nie, nie, nie. Życie się toczy, plany są realizowane, z niektórymi nawet szybko i sprawnie. Ale to, co opisałam, zdarza się na tyle często, że po kilku tygodniach masz dość. Najgorsze jest to, że to wpływa na moje nastawienie. Po pewnym czasie udręk przyjęłam stanowisko, że jak nikomu nie zależy, to ja też się nie będę przejmować, szkoda moich nerwów i poświęceń. Jak oni się nie spieszą, to ja też nie będę. Obudziłam się dzisiaj totalnie niewyspania po imprezie i stwierdziłam, że pie*****. Przyjechałam do pracy godzinę później, sprawdziłam facebooka, a teraz siedzę i piszę tego posta. I tak nie mam co robić. Nie, wcale mi się to specjalnie nie podoba. Nie czuję, że to zrelaksowanie, raczej tumiwisizm i degrengolada. Mam nadzieję, że jak już się zacznie ta szkoła, to coś zacznie się dziać i będzie lepiej. Przecież nie mogę taka wrócić do Polski, bo mnie nigdzie nie zatrudnią. Zapomnę wysłać CV, spóźnię się na rozmowę o pracę 40 minut, nieprzygotowana i z podejściem „co ma być, to będzie”.

Ja za to dopełniłam powinności polskiej mentalności i napisałam długaśnego posta z prawie samym narzekaniem przyprawionym ironią, ach, już mi lepiej i bardziej swojsko, tutaj tego nie ma ; ).