niedziela, 2 lutego 2014

¿Czy w Meksyku jest zawsze gorąco?



          W poprzednim poście o stereotypach na temat Meksyku zapomniałam zupełnie uwzględnić drugi z najważniejszych obok tego o niebezpieczeństwie: w Meksyku jest zawsze i wszędzie gorąco. Nie mogłabym tak tego zostawić, bo nie spałabym po nocach, więc post ten poświęcę tak uwielbianemu przez nas wszystkich tematowi pogody.
Jako wstęp do rozwinięcia zagadnienia pozwolę sobie wrzucić te kilka zdjęć:







                Po pierwsze należy sobie uświadomić, że Meksyk jest DUŻY, ponadto ma zróżnicowaną powierzchnię i różne strefy klimatyczne. Na położonych na południu terenach tropikalnych takich jak Półwysep Jukatan lub stan Tabasco czy Chiapas faktycznie przez cały rok jest generalnie ciepło, czyli w lecie gorąco, a w zimie dwadzieścia parę stopni, a do tego wilgotno, więc dosyć ciężko się oddycha i trzeba się do tego przyzwyczaić. Jak tylko tam wylądowałam, to miałam wrażenie, jakby przed chwilą padał deszcz, a teraz pod wpływem słońca to wszystko parowało… Nie, tam tak po prostu jest, cały czas. Jednak i na tych terenach, jak i w pozostałych częściach Meksyku są obszary, które znajdują się wysoko, ponad 1000 czy ponad 2000 m n.p.m. i tam oczywiście nie jest tak gorąco. I nie są to wcale jedynie jakieś góralskie wioski, ponieważ samo Mexico City jest położone na wysokości 2240 m n.p.m. i tam temperatura w lecie jest dla mnie idealna, ok. 25 stopni w ciągu dnia. Poza tym Meksyk ma też tereny o klimacie pustynnym i na takowym, czyli w Monterrey w stanie Nuevo León, miałam okazję mieszkać przez większość czasu. A klimat pustynny charakteryzuje się m.in. bardzo dużymi amplitudami temperatury powietrza…
                Od kiedy przyjechałam do Monterrey, słyszałam wiele razy, że pogoda jest tam szalona, nigdy nie wiesz, kiedy i jak się zmieni i że można doświadczyć czterech pór roku w jeden dzień. Stwierdziłam wtedy, że pewnie trochę przesadzają, a poza tym to nic takiego, przecież w Polsce też mamy kwiecień plecień, w marcu jak w garncu itd., a poza tym spędziłam trochę czasu w Anglii, gdzie bezchmurne niebo potrafiło w ciągu niecałej godziny zmienić się w kłębowisko czarnych chmur i lunąć jak z przysłowiowego cebra. Poza tym prawie pięć pierwszych miesięcy mojego pobytu było nieprzerwanym upałem, upałem i skwarem, który w nocy był trochę lżejszy tylko dlatego, że nie było prażącego pod kątem prawie 90 stopni słońca. Zastanawiałam się, po co brałam z Polski te kilka swetrów, które miałam na siebie narzucać wieczorami, skoro okazało się, że i w środku nocy w szortach i koszulce na ramiączkach dalej jest mi za gorąco. Choć zdaje się, że i tak miałam szczęście, bo temperatura w tym czasie oscylowała wokół 36-38 stopni i nigdy nie osiągnęła kultowych 45, którym oddaje hołd ta piosenka, która jest zresztą tak popularna, że wydaje się nieoficjalnym hymnem Monterrey ;). Ale gorące oblicze pustyni trwało do czasu. Najdłuższe (od maja do października, hello???) i najbardziej gorące lato mojego życia zaczęło w końcu chylić się ku końcowi i wtedy przekonałam się, że wszystkie wypowiedzi na temat szalonego klimatu Monterrey nie miały nic, ale to nic z przesady. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Najpierw gdzieś w październiku zrobiło się trochę chłodniej, czyli ok. 25 stopni i poczułam się jak w raju. Ale sielanka potrwała ze dwa tygodnie i nagle ni stąd ni zowąd sieknęło jakimiś 13 stopniami. Tak z dnia na dzień, nie że sobie spadało stopień po stopniu przez tydzień, zapomnijcie, to nie tam. Niby jestem z zimniejszych rejonów, przyzwyczajona do temperatur minusowych, powinnam być też zahartowana przez utrzymujące się tygodniami -30 w Finlandii. Ale przysięgam, że lepiej znosiłam -30 w Finlandii niż +10 w Meksyku. Po pierwsze dlatego, że to przyszło tak nagle, w zasadzie nie było czasu przejściowego nie licząc tych dwóch tygodni, ale spadek z 25 do 13 to też szok. Po drugie oczywiście nie miałam za bardzo odpowiednich ciuchów, bo przy pierwotnym założeniu miałam tam zostać właśnie do października. Ubierałam więc na siebie naraz połowę zawartości mojej szafy. Wcześniej miałam dosyć noszenia na okrągło trzech par szortów, wkrótce miałam mieć dosyć noszenia ciągle tej samej pary dżinsów i tych samych dwóch bluz. NARAZ, oczywiście, plus cienka kurtka. Ale najważniejszym czynnikiem jest po trzecie. Mogłabym jeszcze znieść to, że na dworze jest tak zimno, gdybym miała perspektywę, że gdy tylko znajdę się we wnętrzu, to się zagrzeję. NIE MA TAKIEJ OPCJI. We wnętrzu jest niewiele cieplej niż na dworze. Bo o ile Meksyk jest w miarę przystosowany do upałów, tj. wentylatory pod sufitem, wentylatory stojące, a jak masz szczęście to klimatyzacja, to do zimna nie jest przystosowany w ogóle, w ogóle, ale to w ogóle. I z tego, co słyszałam jest tak w całej Ameryce Łacińskiej. Nie ma ogrzewania. Po prostu nie ma, przynajmniej nie w prywatnych domach, szkołach czy mniejszych zakładach pracy. W centrach handlowych, biurowcach czy na uczelniach podejrzewam, że jest, bo tam mi było ciepło. Albo to kwestia lepszego budownictwa. Ale na co dzień poruszałam się między domem a naszym biurem i walczyłam o przetrwanie. Bo nie dość, że nie ma ogrzewania, to okna są stare i nieszczelne albo nawet się nie domykają, a ściany nie chronią przed zimnem albo wręcz, uwaga, uwaga, je przechowują. Kiedy pogoda zaczęła dalej wariować i po kilku dniach z 10 stopniami częstowała nas znienacka dwudziestoma, zastanawiałam się jak to możliwe, że dalej zamarzam w biurze, a na dworze jest cieplej niż w środku. Dowiedziałam się wtedy, że ściany są gipsowe i przetrzymują czy to zimno, czy to gorąco. Cudownie. Zapytałam, dlaczego nigdzie nie ma ogrzewania, na co dostałam odpowiedź, że się nie opłaca, że nikt by go nie używał, że przecież zimno trwa tak krótko. No więc siedzą w domach, w pracy czy w szkołach w kurtkach, a nawet czapkach. Nie żartuję. Ja do pracy przyniosłam sobie koc i jak palacze odpalają papierosy, tak jak robiłam jedną herbatę za drugą, tylko po to, żeby się trochę rozgrzać. W domu siedziałam w dwóch bluzach, pod dwoma kocami, naturalnie z dziesiątą tego dnia herbatą oraz małym grzejniczkiem skierowanym na nogi. Bo okazało się, że zarówno w domu, jak i w pracy, mamy mały przenośny grzejnik, ale gdybyśmy ja oraz moje współlokatorki z Kolumbii, które też umierały z zimna, się tym nie zainteresowały, to pewnie nikt z Meksykanów by nawet sobie o nim nie przypomniał, bo po co, przecież jest zimno tylko przez jakieś 3-4 miesiące. W ogóle oni są chyba odporni na wszelakie temperatury, przy tych nieziemskich upałach chodzą w dżinsach i zabudowanych butach, a zimno też zdawali się znosić lepiej niż ja… Raz wieczorem byłyśmy u znajomego, na dworze 10 stopni, a drzwi wejściowe były ciągle otwarte, bo jego pies wchodził i wychodził na podwórko. W końcu ktoś powiedział, że jest TROCHĘ zimno, że może by zamknąć drzwi, a kolega stwierdził, że nawet nie zauważył, że były otwarte…
                Ale jak wspomniałam, miałam jeszcze okazję odetchnąć i się ogrzać, bo potem nagle przez chwilę zrobiło się znowu 30 stopni, potem znowu 10 (w nocy do 1 stopnia, a ja wybrałam się wtedy na imprezę, myślałam, że umrę w moich trampkach), potem dwadzieścia i tak w kółko, choć jednak z przewagą tego okropnego zimna. Na początku nie chciałam wierzyć prognozom pogody, które mówiły, że z 8 stopni w środę przeskoczymy na 26 w sobotę, ale potem przestałam się już dziwić. Któregoś dnia, gdy szłam rano do pracy, było ciepło i przyjemnie, na krótki rękaw, a kilka godzin później, gdy wychodziłam, wciąż za dnia, było już 11 stopni. Jednak okazało się, że Monterrey nie chce przestać zadziwiać i zdziwiłam się znowu, jak usłyszałam ze 2-3 tygodnie temu, że jest tam 28 stopni, a 2 dni temu nagle wszyscy wrzucali na facebooka pogodowe screeny z 0 stopniami i pisali jak to padał śnieg z deszczem… Nie muszę nawet wchodzić na serwisy pogodowe, żeby śledzić pogodę w Mty, bo jest tak po****na, to znaczy, przepraszam, nieokiełznana, że przy każdej drastycznej zmianie śledzę wysyp screenów z aktualną temperaturą.
                Do tej historii wypadałoby jeszcze dorzucić naszą weekendową wycieczkę do miasteczka Real de Catorce, na którą wybraliśmy się we wrześniu, czyli kiedy w Monterrey panowały jeszcze upały. Wiedziałam, że Real jest położone w górach i że muszę wziąć coś cieplejszego, ale i tak okazałam się totalnie nieprzygotowana, bo nie dość, że było zimno, to trafiliśmy na porę deszczową oraz szalejące huragany, które przynosiły jeszcze więcej opadów i przez dwa dni chodziliśmy totalnie przemoczeni i wymarznięci. Do tego w „hotelu”, gdzie nocowaliśmy, przeciekał dach i mieliśmy zalaną całą podłogę, a ja, jak odkryłam rano, również połowę bluzy, którą zostawiłam na wezgłowiu łóżka, akurat pod dziurą w suficie. Po dwóch dniach miałam wrażenie, że wszystko, wszystko jest mokre i zimne, ściany, wszystkie moje ciuchy i w ogóle wszystko, czego się dotknę. 
 
O, tu chwilowo nie padało.

Tu już wróciło do normy.


                Także tego, jakbyście się wybierali do Meksyku, to lepiej sprawdźcie uważnie i z detalami klimat regionu (regionów), do którego jedziecie. I nie pytajcie miejscowych o opinię, jakie ubrania ze sobą zabrać, bo oni nie odczuwają temperatury jak normalni ludzie.

piątek, 31 stycznia 2014

Podsumowanie meksykańskiej przygody w wydaniu audiowizualnym

Tych, którzy jeszcze nie widzieli, zapraszam do obejrzenia filmiku będącego czystą esencją najważniejszych ludzi, wydarzeń, obrazów i dźwięków mojej meksykańskiej przygody. Oddałam 7 miesięcy w 13m40s i dołożyłam wszelkich starań, by przekaz był jak najwierniejszy i najciekawszy. Dotychczasowy feedback mówi mi, że mi się to udało, co cieszy mnie niezmiernie : ). Posty oczywiście opisują rzeczywistość z większą ilością detali, w formie bardziej refleksyjnej, poza tym uwielbiam pisać, ale musicie TO zobaczyć, żeby naprawdę zrozumieć! : )


piątek, 24 stycznia 2014

Rozprawa ze stereotypami na temat Meksyku



                Jak już zapewne większość osób zdołała zauważyć, wróciłam. Wróciłam i to nie przed chwilą, ale już miesiąc temu, co lekko mnie zdziwiło, gdy sobie to uświadomiłam. Minęło już tyle czasu, a ja zrobiłam tak niewiele z tego, co sobie planowałam po powrocie! I to nie dlatego, że nie mam czasu, mam go aż za dużo i pewnie dlatego nie potrafię go dobrze zorganizować. Między innymi do tej pory nie napisałam nic na bloga… Tak, tak, to, że już (na razie) nie ma mnie w Meksyku, nie oznacza, że zamykam pisarską działalność. Absolutnie nie. Jednym z noworocznych postanowień jest pisanie. Więcej i częściej. Dlaczego? Bo stwierdziłam, że jeśli się coś lubi robić, jeśli to coś pozwala się wyrazić, a do tego dobrze wychodzi i to, ba, inni, niepytani, sami z siebie, mówią, że wychodzi, to trzeba to pielęgnować i rozwijać. Poza tym z racji tego, że przez ostatnie miesiące (taaa, przez jakąś połowę pobytu) w Meksyku niewiele pisałam ze względu na brak czasu, siły lub inwencji twórczej (a czasem, nie ukrywajmy, z powodu lenistwa), pozostało wiele tematów do dotknięcia, zgłębienia czy wręcz wyczerpania. I to też zamierzam zrobić, bo jak mogłabym zmarnować tak dobry potencjalny materiał? Z potencjalnego utworzę rzeczywisty. Zastanawiałam się, czy pisanie bloga podróżniczego po podróży nie jest trochę jak odgrzewanie kotleta, ale stwierdziłam, że nie, zwłaszcza po zobaczeniu na innych blogach, że inni robią to samo ;P. Tak więc zacznijmy, Kochani! (Zawsze mnie urzeka, jak prowadzący/piszący zwracają się tak do tysięcy czy milionów widzów/słuchaczy/czytelników, których na oczy nie widzieli. Ok, ja większość z Was widziałam, ale i tak. Bez przesady. Jak kiedyś zrobię to nieironicznie, to palnijcie mnie w łeb.)

                Na początku popowrotowej serii chciałabym rozprawić się z pewnymi mniej lub bardziej powszechnymi, ale przede wszystkim przesadzonymi wyobrażeniami na temat Meksyku, które panują w Polsce tudzież całej Europie. Nie użyję tu słowa „mit”, bo niekoniecznie są to przekonania całkowicie wybujałe i rozmijające się z prawdą, ale na pewno wyolbrzymione. Bliższym słowem byłby raczej „stereotyp”, który dla mnie oznacza coś, co skądś się wzięło, ma jakieś podstawy, ale urosło do rangi generalnego, spłyconego i sztywnego wyobrażenia. A ja stereotypów nie cierpię. Nie twierdzę, że sama wielu nie żywię, zapewne więcej niż sobie wyobrażam, ale jednak staram się sobie je przynajmniej uświadomić… W Meksyku próbowałam zwalczać stereotypy na temat Europy, no, „zwalczać” to za duże słowo, bo nie zorganizowałam żadnej kampanii społecznej (choć czasem z nerwów aż miałam ochotę), ale jeśli usłyszałam takowy, to mówiłam kategorycznie, że NIE, TAK NIE JEST. Osoby uczące wraz ze mną w ramach naszego programu edukacyjnego dwa razy mówiły dzieciom na lekcji geografii, że w Europie wszyscy mają jasne włosy i niebieskie albo zielone oczy. Co usłyszawszy zdejmowałam okulary i otwierałam moje oczy szerzej, żeby wszyscy mogli zobaczyć żywy antyprzykład. I nic mi nie wiadomo, żebym miała jakieś pozaeuropejskie korzenie, chyba że z 10 pokoleń wstecz. Nie wspomnę o tych rzeszach słodkich niebieskookich blondynów z Włoch czy Hiszpanii. Kolejne przekonanie o Europie czy Polsce to oczywiście, że jest tam zimno, cały czas zimno. Formułkę, że w zimie jest poniżej zera, ale w lecie jest gorąco, miałam już wykutą na blachę. Co to tam jeszcze było? Że wszyscy w Europie znają przynajmniej jeden język obcy. Yhy, zapraszam do załatwienia czegoś po angielsku w polskim urzędzie. Że Europejczycy są bardziej liberalni w sensie, że mają mniejszy problem np. z odsłanianiem ciała. No dobra, to akurat chyba jest najbliżej prawdy z tego wszystkiego. Nie żebym paradowała tam nago, ale chodząc ciągle w szortach po ulicy byłam w grupie wyjątków. Ale najciekawsze, naaaaajciekawsze co usłyszałam to to, że… Nie, poczekajcie, zrobię odpowiednie przygotowanie. Gdy przygotowywałam się do wyjazdu do Meksyku, dostałam z AIESECu plik z różnymi praktycznymi informacjami na temat życia tamże. Jedno zdanie trochę mnie zastanowiło, mianowicie „W Meksyku bierzemy prysznic przynajmniej raz dziennie”, ale nie rozkminiałam tego jakoś specjalnie. Do czasu jak przyjechałam i koleżanka Meksykanka zapytała mnie, czy to prawda, że w Europie nie myjemy się codziennie. Tak, dobrze przeczytaliście.  Że bierzemy prysznic tak co dwa albo trzy dni. Tak samo myślała zresztą jej rodzina. Przekonanie owo wzięło się stąd, że, o ile dobrze pamiętam, kiedyś jakiś znajomy był na praktykach czy tam wymianie zdaje się we Francji i tam miał do czynienia z ludźmi, którzy nie codziennie brali prysznic… A może to był Francuz, który przyjechał do Meksyku… Szczerze, to już nawet nie pamiętam dokładnie, ale był to jakiś absurdalny pojedynczy przypadek, który dał początek cudownemu wyobrażeniu na temat wszystkich mieszkańców całego kontynentu nie wiem ilu osobom. Aczkolwiek zdaje się, że na szczęście jednak nie tak wielu i że to była tylko jakaś lokalna historia wśród kręgu znajomych, bo gdy powiedziałam o tym dwóm innym kolegom Meksykanom, zresztą też z AIESECu, to stwierdzili, że to absurd. Uff. Poza tym kilkoro znajomych miało okazję ze mną podróżować i zdecydowanie mogli stwierdzić, że TAK, myję się cała codziennie, zwłaszcza jak jest 38 stopni, do jasnej cholery. No ale. Miało być o stereotypach na temat Meksyku, nie Europy.

1. Po pierwsze i najważniejsze OCZYWIŚCIE: Meksyk jest niebezpieczny.
Pamiętam bardzo dobrze, że myślałam dokładnie to samo, ba, już ubiegając się o wyjazd z AIESEC zapytana, dokąd najbardziej chciałabym jechać, mówiłam z ociąganiem, że do Meksyku, ale że się boję tam jechać sama. Hahahahahahaha. Jak teraz pomyślę, że to wyobrażenie było w stanie odwieść mnie od tej odwiedzenia tego kraju, pozbawić mnie tego fantastycznego 7-miesięcznego doświadczenia, a przede wszystkim spełnienia jednego z moich największych marzeń, to nie wiem, czy bardziej śmiać się czy raczej z powagą zastanowić się, ile rzeczy faktycznie tracę przez podobnie bzdurne obawy. Tak, są kartele narkotykowe i tak, walczą ze sobą. Tak, dzieje się sporo złego i można to zobaczyć na pierwszych stronach gazet niemal codziennie. Ostatnio głośno było o stanie Michoacán, gdzie wojsko zostało wysłane do rozbrojenia mieszkańców, którzy zorganizowali samoobronę przeciw gangowi narkotykowemu (lokalna skorumpowana policja nic nie robiła – niestety normalka w Meksyku). W wyniku akcji zginęło dwóch cywilów. Dodatkowo na polskiej Wikipedii w artykule o Monterrey, gdzie mieszkałam, można przeczytać, że stało się ono jednym z najniebezpieczniejszych miast Meksyku na skutek narkotykowych walk. Na szczęście angielskojęzyczna Wikipedia wyjaśnia, że służby porządkowe zdołały opanować sytuację (jeszcze rok, dwa lata temu było groźnie, wszyscy mi to mówili, a pozostałości widać po uzbrojonych po zęby patrolach jeżdżących po mieście trzymających karabin w pogotowiu) i można bezpiecznie poruszać się po mieście za dnia i nocy, ale należy uważać poruszając się w pewnych rejonach po zmierzchu. Dokładnie tak jest. I dotyczy to całego Meksyku. Wszystko to się dzieje i o tym słychać, bo jest spektakularne, przykuwa uwagę, a poza tym dobrze się sprzedaje. Ale trzeba mieć naprawdę, naprawdę dużo pecha, znaleźć się w zupełnie niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie albo pchać się tam, gdzie nie trzeba, żeby zetknąć się z takimi wydarzeniami oko w oko, a co dopiero stać się ich ofiarą. Spędziłam tam 7 miesięcy i bynajmniej nie siedziałam zamknięta w domu, ani za dnia, ani w nocy i nigdy, nigdy, nigdy nie miałam do czynienia ani nie byłam świadkiem żadnej sytuacji o choćby znamionach niebezpieczeństwa. A naprawdę nie byłam wielkim przykładem ostrożności. Dwa razy zdarzało mi się wracać samej do domu o 1 w nocy. Ostatnim metrem, ostatnim autobusem, który cudem złapałam idąc poboczem drogi i wysłuchując trąbiących samochodów. Ale czasem trąbią i za dnia, czasem coś krzykną zza otwartej szyby, niczego to nie oznacza, nie zatrzymają się i nie wciągną cię do środka, żeby zawieźć do lasu i tam poćwiartować. Co prawda te dwa tak późne powroty to już akurat był lekki hardkor i czułam się niepewnie, ale bardziej nakręcona przez ostrzeżenia znajomych mieszkańców Monterrey pamiętających niedawne czasy niż przez faktyczne zagrożenie. Innym razem czekałam po 22 prawie godzinę na autobus w nieciekawej części miasta. Wszyscy mijający mnie przechodnie byli mężczyznami i znowu poczułam się niepewnie, zwłaszcza jak jeden zaczął sikać ze dwa metry ode mnie. Ale nic poza tym, nic, nikt specjalnie nie patrzył ani tym bardziej nie zagadywał, to po prostu moja wyobraźnia. Poza tym podróżowałam sama przez Półwysep Jukatan aż do granicy z Belize, środkami transportu różnej klasy. Jechałam nocnym autobusem dalekobieżnym i nikt nie zatrzymał nas po drodze, żeby ograbić i powystrzelać. Oczywiście jako blondynka o jasnej skórze (no i tych niebieskich jak ocean oczach) dość często spotykałam się z jakimiś zaczepkami, ale tylko przyjaznymi, choć bywały irytujące. Może ktoś powie, że głupi ma zawsze szczęście, ale nie sądzę, że można mieć tyle szczęścia codziennie przez 7 miesięcy. Ok, nie, raz jeden zdarzyła się realna sytuacja, w której poczułam się zagrożona, ale było to w metrze w Mexico City, a tamtejsze metro jest zjawiskiem samym w sobie i powinno być opisywane w przewodnikach jako jedna z głównych atrakcji stolicy. Zapytajcie kogokolwiek innego, kto tam był i miał okazję się przejechać… Jechałam wtedy ze znajomym Niemcem, z którym zwiedzałam miasto, kiedy dosiadł się pan, którego otwarcie mogę chyba nazwać żulem, a do tego, delikatnie mówiąc, niestabilnym psychicznie. Najpierw usiadł na ziemi i specjalnie dotykał nogą mojej nogi, gdy stałam obok. Gdy usiadłam na siedzeniu, w mgnieniu oka usiadł obok i zaczął się na mnie gapić, tak wprost. Ja ze wszystkich sił patrzyłam przez okno, więc on po chwili się zdenerwował, wstał i zaczął skakać w miejscu, wszystko bez słowa. Na szczęście inny współpasażer go wyprosił… Tak, ten jeden raz coś tam było, ale takie coś może stać się wszędzie. Podsumowując: jeśli Waszym czy planem marzeniem jest wyjazd do Meksyku, to mogą być różne czynniki, które to wstrzymują i które ewentualnie można uznać za wymówkę: brak pieniędzy, czasu, towarzystwa, ale na Boga, nie strach, że jest tam niebezpiecznie! Wyrzućcie to od razu do mentalnego kosza z napisem BZDURA czy, jak wolicie, MYŚLOWE SCHEMATY STRACHU NAKRĘCONE PRZEZ MEDIA I SPOŁECZEŃSTWO. Spodobało mi się zdanie, które ostatnio przeczytałam na blogu Matta Hardinga (to ten od filmików, gdzie śmiesznie tańczy w różnych częściach świata: Where the hell is Matt). Zapytany, czy ma jakieś rady dla podróżujących kobiet, odpowiedział, że po pierwsze i najważniejsze świat jest dużo bezpieczniejszy niż nam się to mówi. Jestem o tym święcie przekonana. Ludzie jeżdżą turystycznie do wszystkich, naprawdę wszystkich krajów świata, włączając w to Sudan, Somalię czy Afganistan, i stamtąd wracają, cali i zdrowi. Co prawda będąc kobietą trzeba podjąć w pewnym miejscach dodatkowe środki ostrożności, ale to już inna sprawa. A zresztą Wojciechowska i Pawlikowska też mają się dobrze. Zdrowy rozsądek, zapobiegawczość, unikanie pewnych rejonów, większa ostrożność w nocy i tyle. Rzekłam, jedziemy dalej.

Jedyny dowód, jaki napotkałam, świadczący o tym, że w Meksyku ktoś strzela. Ale ta dziura może mieć równie dobrze 20 lat.


2. W Meksyku i tamtejszych rejonach kategorycznie nie można pić wody z kranu ani myć nią zębów czy owoców, nie powinno się też używać lodu w kostkach z niewiadomych źródeł.
Złamałam wszystkie te „zasady”. Wiele razy. W sumie trzy ostatnie cały czas łamałam. Wody z kranu raczej nie piłam, bo smakowała straszliwie chlorem, ale inni pili. Żyję. Nie miałam problemów żołądkowych częściej niż miewam w Polsce. To by było na tyle. Next.

3. Jadąc w tamtejsze rejony należy się zaszczepić przeciw różnym mniej lub bardziej egzotycznym chorobom.
Taaa, też tak myślałam, bo takie były zalecenia i wiłam się w niepewności, które szczepionki powinnam zrobić, a które ewentualnie mogę sobie odpuścić i jak się z tym wyrobić czasowo przed wyjazdem. Bogu dzięki nie zrobiłam żadnej (ogólnie szczepionki to temat bardzo kontrowersyjny), nie znam też nikogo, kto zrobił. Jeśli nie jedziecie do Meksyku, by badać przez pół roku dzikie małpy w środku dżungli, to polecam Wam pójście w moje ślady. Zaoszczędzicie sobie czasu i pieniędzy, a swojemu układowi odpornościowemu zbędnej ingerencji. A nawet jak jedziecie badać te małpy, to obstawiam przynajmniej 90%, że i bez szczepionek nie złapiecie żadnego egzotycznego wirusa.

4. Tequilę pije się zagryzając cytryną i zlizując sól z powierzchni ręki.
No pije się, pije. Ale nie w Meksyku. Tam nawet nie ma cytryn, wiem, bo szukałam. Wszędzie są tylko limonki i te się zdaje zagryza pijąc shoty z tequili, przynajmniej tak nas nauczyli w Muzeum Tequili i Meskalu w Mexico City, ale w normalnym życiu, czyli na imprezach widziałam ludzi pijących przede wszystkim drinki z tequili i Sprite’a czy innego refresco. To nie jest naród lubujący się w shotach, w czym są zresztą moimi duchowymi braćmi.

5. Niscy, grubiutcy, smagli, wąsaci panowie w sombrerach, pasiastych ponchach, z osiołkami itd.
Wszystkie te elementy należą do meksykańskiego krajobrazu, ale w dużo, duuuuużo mniejszym natężeniu niż nam się wydaje (ok, w sporym natężeniu w miejscach bardziej turystycznych, restauracjach, sklepach z pamiątkami itd.), a już praktycznie nigdy nie występują wszystkie naraz. Sombrera, jakie znamy, można zobaczyć tylko w sklepach dla turystów oraz na głowach mariachis. Zwykli mężczyźni, jeśli już noszą, to są to kowbojskie kapelusze, przynajmniej w północnych, rancherskich regionach, gdzie mieszkałam. Jedno, co się najbardziej zgadza, to rzeczywiście mieszkaniec Meksyku o czystych meksykańskich korzeniach jest niski, smagły i raczej krępy. Z wąsami to różnie bywa, szczególnie u kobiet. 

Tak się NIE chodzi po ulicy, chyba że dla jaj albo to jakieś święto.


6. Kaktusy. O, takie:

Nie widziałam. Przysięgam. Może w Teksasie, ale on już od dawna nie jest meksykański. Jest za to sporo tego:

Ale uwaga, uwaga, UWAGA! To nie jest kaktus, to jest nopal, Meksykanie zawsze mnie poprawiali. To znaczy po hiszpańsku, zbadałam sprawę (niezastąpiona Wikipedia) i polska nazwa to opuncja (zresztą hiszpańska oficjalna też, ale wszyscy mówią nopal). Kaktus to właśnie to, co pokazałam wcześniej. Nopal ma płaskie jadalne liście (?), to znaczy według Meksykanów jadalne, i to powszechnie, mi nigdy nie podeszły.  Dużo bardziej podeszły mi owoce nopalu, czyli to co znamy pod nazwą opuncja figowa. Hiszpańska nazwa to tuna, co obcokrajowcom (w tym mi, nie ukrywajmy) myli się na początku z tuńczykiem ;). Nie, nie, tuńczyk to atún. Tuna jest powszechnie dostępna w sklepach w sezonie, czyli na jesień, tam jest bezpieczniej ją nabyć niż zrywać samemu, bo przy tym można się nieźle pokłuć, no ale ta druga opcja to przecież większa frajda ;). Mimo wyjmowania potem godzinami drobnych igiełek z palców i języka ;).

Tuna w sklepie, już w miarę oskubana z drobnych igiełek

Jogurt z ananasem, selerem i nopalem. Nigdy nie spróbowałam, ale nie mam najmniejszej ochoty.


                To wszystko, co mi przyszło na razie do głowy. Gdyby ktoś miał jeszcze jakieś pytania, wątpliwości, chciałby się dowiedzieć „A czy to prawda, że…”, „Czy wszyscy Meksykanie…”, to chętnie wsunę okulary głębiej na nos, zrobię poważną minę, założę nogę na nogę i posłużę za eksperta udzielając wyczerpującej odpowiedzi, że „Tak, ale…”, „W większości rozmija się to z prawdą, ponieważ…” czy też „Tak myślimy, lecz…”. O ile sama będę wiedzieć, hahaha. Tudzież jajaja.
Do następnego!

czwartek, 26 grudnia 2013

There's no way back home because the world is your home



         “You will never be completely at home again, because part of your heart always will be elsewhere. That is the price you pay for the richness of loving and knowing people in more than one place.” – Miriam Adeney

         This is a quote I read some time ago and some of you have probably seen it, too. It describes perfectly what happens when you decide once to leave home and try living in another country or at least another city.
All those Erasmus, AIESEC, Work Abroad, Camp America and all the other countless exchange programs, traineeships, internships, voluntary work. It seems just such a great adventure, a wonderful experience, something nice to put to your CV and to tell about to your friends afterwards. Sounds like so much fun, getting to know the world, making international friends, parties and all that stuff. And it is of course. But that’s not all about it. It is pretty serious, too, so be careful and aware of what you are doing. Because once you decide to do it, there’s no way back. There’s no way back home. You think you do it only once, only for a few weeks or months, but it’s enough, you’re done.
I may be wrong, maybe not for all the people it works like that, most probably it doesn’t because we are different and have different experience. Maybe your first experience abroad was traumatic because you went for example to India, got too much cultural shock and are afraid to try again (sorry for the India example, but I heard real stories like that :D). Well, that happens I guess. But still seeing many of my friends’ experience I know that what I wrote is quite a common true. I have friends who are going through it exactly right know and for the first time in their lives. They left home once, for a few months. And now when coming back home they know that they won’t stay that long. That it became too familiar, too well-known, too boring and that they’re simply stuck there. Once they tried exploring the world they got to know what waits just behind the corner and they want more. Once they left home and made a different place their home for a while, they cannot feel comfortable in their old home again. They miss something. They saw and experience too much. The world is waiting.
But even though they feel like this it may be that finally they will just stay home or at least their home country for good. I have quite many friends that tried living abroad, but in the moment they seem comfortable in one place and don’t seem to change it soon. Maybe they’ve just found their place and it’s good for them. Or maybe not, but they’re not eager to make a drastic change anymore. I understand it well. If I stay in one place too long (let’s say for a few months), I become feeling like stuck. But if I stay a bit longer, I become feeling too used to and comfortable, too.. Because quitting all: a job/a school, a flat, friends, afternoon activities and every little detail of your life and starting all over from scratch is not easy. It’s totally what you call leaving your comfort zone because it’s completely uncomfortable. But for me at the same time it’s completely beautiful and I hope not to get too comfortable too quickly…
Quitting all your previous life and saying goodbye can be hard and stressful (especially moving out and transporting tons of your stuff..), but in the end if you decided to do it, there was some reason for it, you didn’t feel well enough and you wanted something more from life, so you shouldn’t cry THAT much, you’ll survive. And it’s usually a moment when you realized how much you had, how many friends you made and that you’re dear to them. If you had stayed, you probably wouldn’t see it and appreciate it that well so it’s a good side, too. Cry your part and move forward once you decided it.
Moving, travelling or just being about to travel and planning for me, personally, is the time when I feel the most alive, full of energy and fulfilled. At the same time it is so stressful and exhausting, but it is so vibrant! No depression has its place there, only action, step by step, a bus, a check-out, a plane, another bus, a hostel, a plane, changes, changes and motion…
Than starting from scratch in a new place is so much stress, being bombarded by new and getting to know new stuff 24/7… I find it the most difficult part, but the time after you have got through it is totally worth it.
Getting to know a different culture from the inside, drowning in a new reality and then learning to surf in it in a perfect style, trying to remember many new faces and new names of the people that then become your best friends, struggling to buy some bread using a new language that then becomes your principal tool of communication and you realize that you take part without effort even in dirty or absurd conversations between native speakers, trying carefully and with no confidence new strange dishes that then become your daily food, visiting new places that then you know like the back of your hand, feeling like a baby and trying not to get lost while using public transport until you just use it automatically even blindfolded, changing your customs, changing from tourist into a inhabitant, changing yourself… Oh, it just must be experienced, at least once. And then you want more, believe me.
I feel somehow that maybe what I wrote is nothing new and nothing revealing. Or maybe only for me and a few of those people who will read it. I don’t know. Still I wanted to share it and check if I’m right… 


czwartek, 5 grudnia 2013

On travelling, the heartbreak of saying goodbye and comfort zone



 If you have ever done it, you will know. Moving abroad has two the most difficult stages – the beginning and the end. At the beginning everything that is new, which means EVERYTHING around you, is bombarding you with the speed of light. You are constantly absorbing, absorbing and absorbing until your mind just cannot keep up and feels overwhelmed, with places, people, language, every little detail because nothing is familiar. You are still somehow excited to be in a new place, but you feel also lost and tired. That part is difficult, but it’s not that bad. You will survive that, just get patient and strong. There’s quite a lot of fun in it. Then you will be just proud of how much you have learnt and how perfectly you have accommodated to a completely new environment.
         What is REALLY difficult and moreover REALLY painful is the end. I guess I should have already found a solution to suffer less, but I have not.

         My family and some friends calls me globetrotter, but I don’t consider myself a great traveler, compared to some people I know and many, many people I don’t know. But still I think I have changed places enough times to be called a traveler, just without adjectives. It all really started when I was 15 and had to leave the city where I was born and had spent my whole lifetime in for a little town where the family of my mum is from. I had to leave behind almost everything I knew, almost all of my world, all the young and fragile life of mine. It felt like losing ground under my feet and falling down into darkness, I’m not exaggerating. When we left, I was crying, no, blubbering in the car for two hours and stopped only because I got headache and felt sick. And when we got to a new place I was supposed to live in, I couldn’t get over it for about two months until I started a high school there and realized that shit just got real and we’re not coming back. I assume that after such a traumatic experience I should have started to hate travelling and changing places for the rest of my life in order to avoid such a pain again. But I haven’t. It became opposite. That turning point of my life seems to have started a new phase of my life. It maybe even indeed have started my real life. It has marked the way I unconsciously started to live afterwards. After that change I never spent in any place more than a few years and I don’t think I will in the nearest future. 3 + 5 + 1,5 years in different cities of Poland, 5 + 6 + 2 + 1 months in different places in Finland and 3 + 2 months in England. And now I’m about to leave Mexico after spending here 7 months. So how come that after such a leave trauma I made my life a constant travel? I guess because I saw and unconsciously learnt what happened after the pain went away. I accepted. I got used to. I made friends. I made better friends that I had in my life before. I experienced many good things and I saw life from a new perspective. It turned out it was all for good.
         I know it’s always for good, I know that everything has its beginning and its end and, finally, I know that when I decide to travel it indicates saying goodbye and saying goodbye indicates pain. It’s the whole package, you take it all or forget it. All or nothing. So I take all because being stuck in one place for me means exactly nothing, means stagnation. I know that I choose it, I know it’s unavoidable, I know something new will start, but so what if still after so many times it hurts the same! Like I hadn’t learnt anything. Or better, my mind has, but my heart has not.
         And the farewell I am about to experience seems to be the toughest. Why? The extent of the pain of saying goodbye depends on many factors. In fact, they could be summarize in four points (but if you think any other could be added, feel free to tell me): 1) how much time you spent there, 2) how far you are going, 3) what and who is waiting for you back home or wherever you’re going, and the most important 4) how much of your heart you left there. In my case right now it is: 1) 7 months, 2) 10 000 km, 3) not too much, 4) way too much. If I was to define the point 4 in percentage, it certainly wouldn’t be 100%, because there are other people and places that are dear to me, but what matters is that the part of my heart that Mexico occupies was the part that was beating strongly for the last 7 months while the other parts were quite silent. So leaving is just a heartbreak. And get prepared, because the heartbreak is still not the worst part. The worst part is the emptiness that comes after. One day, one week, maybe two weeks after. If you have a lot of tasks and a lot friends around you, you’re lucky, you will suffer less. But still you will because nothing and nobody around you will have any memory in common with you from the life that you just left behind and that was so dear to you. But if you’re going to be stuck in an empty house like I am going to be soon, better start making right now a plan on how to fill your life again in order not to get depressed. Yes, what you experience after coming back can be nearly depression or in some cases literally depression. I’m not kidding.
         It’s like losing all the pieces that constructed your whole world for the time you spent there. They just disappear one after another, fly away and you can only helplessly see them leave and cannot stop them. The show is over, all the actors and all the elements of the stage design are being taken one by one until they turn off the light and you remain on an empty stage alone having not idea what to do next. But hey, isn’t the opposite metaphor the truth? You’re the one who leaves the stage for something new while everything stays the same stuck in one place, don’t you? Yes, but it feels how I described it. The magic trick is to convert that feeling in a feeling that goes with the truth. I am leaving for something new, something even better. The mind knows it, but heart is not that obedient. In the end I think it just has to hurt. You won’t overcome it. You just have to be patient, experience it as it is and get through it. Fighting with it usually gives you just more pain. You fight, fight, fight, think that you’re strong, but then there comes one weak moment and it strikes all with even more power. Just live with it until it goes away, it always does.
         In those stages of my life I think I should at last settle down in one place, just to avoid this pain. But I know I cannot, because nothing is worse that stagnation. It doesn’t really hurt you so much and that’s why it’s way much dangerous because it kills you silently. You get safe and comfortable and that’s a trap because life begins where the comfort zone ends.
         About two days ago I imagined that I could be still stuck in the same office, sitting on the same chair, staring the same screen and coding the same invoices. It was quite probable, I was quite close to stay there. But I made a step and changed 7 months in front of invoices for 7 months of teaching lovely Mexican children, giving them attention and getting their love in return, experiencing wonderful Mexican friendships, getting sunburnt by the Carribean sun, eating tortillas, drinking tequila, climbing pyramids, swimming in cenotes, learning Spanish and more, more, way much moooooooooore that is just unwritable because it’s pure emotion that fills me inside. It made me laugh that I could have missed it all just because of stupid comfort zone and some fear. Oh my God, I made the best decision in my life. THE BEST ONE. I will cry as a fuck while leaving, but if I’m capable of making such perfect decisions, I can make even better ones and bring more life to my life again. Can’t I?

wtorek, 1 października 2013

O tym jak mój mózg szaleje pod wpływem języka



         Kilka dni temu obudziłam się nagle w nocy i nie wiedziałam, gdzie jestem. Mój pokój nie ma okien, więc w nocy jest totalnie ciemno i nic nie widać. Co mnie nagle obudziło i dlaczego po czterech miesiącach spania w tym samym pokoju wyrwana ze snu w ciemności nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie się znajduję? Nie mam pojęcia. Punktem tej historii jest to, że w pierwszym uderzeniu świadomości zaczęłam pytać na głos „Co się stało? Co się stało?”… po hiszpańsku. Hiszpański włączył mi się automatycznie i bez zastanowienia jako pierwszy język. Rozmawiałam o tym z koleżanką (pozdrowienia : D) i bardzo trafnie to określiła – to jest ten język, który wyrywa się na powierzchnię. Znając kilka języków czuję jakby stanowiły one przenikające się warstwy. Oczywiście nie chcę, żeby się przenikały i mieszały, ale robią to nieuniknienie. A znam tylko cztery i nie mam pojęcia, jak ludzie radzą sobie z siedmioma czy więcej.
         Kiedy przyjechałam do Meksyku, przez jakiś miesiąc walczyłam z wtrącającym mi się natrętnie do hiszpańskiego fińskim. Najpierw fiński chciał dominować, potem zaczęłam mieszać jeden z drugim, np. odmieniając fiński czasownik na hiszpański sposób albo vice versa (tengan – ja mam, levato – odpoczywam; dzięki Bogu tylko w mojej głowie, na tyle byłam świadoma). Czasem dalej mi się to zdarza, choć nie wiem, jakim cudem, bo nastąpiła cudowna zamiana języków i teraz, kiedy chcę coś powiedzieć albo pomyśleć po fińsku, muszę się mocno skupić, żeby nie wyszedł mi hiszpański. Nawet kiedy wydaje mi się, że powiedziałam całe zdanie po fińsku, okazuje się, że wtrąciłam y zamiast ja albo jakieś inne drobne, bardzo często używane słówko. A to już natręt nad natrętami, joo na pewno nie wyszłoby mi naturalnie. Nie wspomnę o mękach przy próbie wygrzebania z pamięci trudniejszych słów, jak pióro albo odważny. Oczywiście nadal znam fiński, ale został on zepchnięty pod hiszpański i potrzebowałabym trochę praktyki, żeby go odświeżyć.
         Myślę, że ta walka wynika z tego, że mój mózg umiejscawia hiszpański i fiński w podobnym miejscu. Mieszkam za granicą, porozumiewam się na co dzień w obcym języku, więc mój mózg stwierdził, że zapewne jestem w Finlandii, jak to się wcześniej zdarzyło kilka razy na przestrzeni pięciu lat. Poza tym powiedzmy, że w hiszpańskim doszłam do podobnego poziomu jak w fińskim (tzn. jeśli chodzi o możliwości komunikacyjne, bo słownictwo w hiszpańskim mam dużo uboższe) i mój mózg oszalał, chce zlepić wszystko w jedną całość.
         Angielski ma się lepiej, bo znam go dużo dłużej niż fiński i bardziej się zadomowił. Hiszpański tak łatwo go z posad nie ruszy. Ale nadgryza, bo kiedy czasem zdarza mi się tu mówić po angielsku, to czuję hiszpański bulgoczący pod powierzchnią i zdarza mi się wepchnąć jakiś hiszpański wyraz, na szczęście zazwyczaj sobie to uświadamiam..
         Wydawałoby się, że mój język ojczysty jest nie do ruszenia i ma zagwarantowane miejsce na powierzchni, z której nic go nie wypchnie. Wypchnąć może nie wypchnie, przynajmniej nie po tak krótkim czasie, ale jak na skypie chciałam powiedzieć do mamy hola, a potem przytaknęłam, to poczułam się dziwnie… Czasem, jak mówię dużo po hiszpańsku, a potem mam przejść na polski, to czuję tuż pod powierzchnią ten pierwszy… Nasuwają mi się nawet nie tyle wyrazy, co konstrukcje, takie jak voy a…, estoy –ndo. Nie, nie mówię tak, ale powstaje to automatycznie w mojej głowie.
         Nigdy nie zdarzyło mi się być tyle czasu za granicą i mówić (właśnie mój mózg podpowiedział mi hablać) przez tyle czasu w obcym języku. A zostały jeszcze trzy miesiące, ciekawe, co osiągnę do tego czasu.
         I tak naprawdę wcale nie jest tak, że wymiatam po hiszpańsku. Owszem, mówię płynnie, szybko, rozmawiam i pracuję po hiszpańsku. Ale po przyswojeniu słownictwa niezbędnego do komunikacji zrobiłam się leniwa i już prawie nie uczę się nowych słówek. Przestało mi się chcieć je zapisywać, próbuję zrozumieć i zapamiętać ze słuchu, ale to w moim przypadku działa, jak usłyszę jakieś słowo ze dwadzieścia razy w dwudziestu różnych kontekstach, czyli średnio raz na miesiąc uda mi się nauczyć nowego. No i to koszmarne rozumienie ze słuchu. Czuję, jakbym miała jakąś blokadę w głowie, w każdym obcym języku. Mówię, co chcę. Piszę jeszcze więcej. Czytając rozumiem wszystko, chyba że nie znam kluczowych słówek albo są dziwne konstrukcje gramatyczne. A ze słuchu to czasem nie wychwytuję najprostszego zdania chociaż powtórzą mi je trzy razy… Oczywiście wszystko zależy od dnia, od warunków i od osoby. Są osoby, które rozumiem zazwyczaj w prawie 100%, są takie, które jak zrozumiem, to jestem z siebie dumna. Warunki niestety rzadko są sterylne – hałas ulicy, szum wentylatora, rozmowy innych, muzyka, krzyki dzieci. No i te dni, te dni chu*owego hiszpańskiego, fińskiego, angielskiego, baskijskiego czy whatever… Kto mówi w językach obcych, ten rozumie (piona). Ok, powiedzmy, że zazwyczaj jeden na jeden rozmawiam w miarę swobodnie. Ale już uczestniczenie w dyskusjach native’ów to inna gadka. Jeśli znam temat, jeśli opowiadają o czymś, co nam się przydarzyło, to super, czuję się jedną z nich. Jak zaczynają opowiadać jakieś historie, których nie znam, dyskutować na jakikolwiek temat, a już nie daj Boże żartować, to na początku walczę, walczę, ale potem się poddaję i coraz bardziej odsuwam na bok aż do całkowitego outsiderstwa i samotności. Nienawidzę jak tak co chwilę rechoczą, a ja mimo starań nie mogę zrozumieć, o co chodzi. Rozumienie żartów jest wg mnie najtrudniejsze, bo zazwyczaj opierają się na jakimś jednym słówku, którego akurat nie wyłapiesz. I chyba najbardziej boli, bo wszyscy dookoła się zaśmiewają, a ty czujesz się jak kosmita. Czujesz wręcz, jakby śmiali się z ciebie, chociaż wiesz, że to nieprawda. Ludzie pytają mnie tu czasem, czego najbardziej brakuje mi z Polski i myślą, że to rodzina, przyjaciele albo jedzenie. Ok, też. Ale nawet do głowy im nie przyjdzie, że najbardziej brakuje mi mojego języka. Swobodnych rozmów ze wszystkimi o wszystkim, bycia częścią dyskusji, śmiania się razem ze wszystkich żartów, bawienia się językiem. Cóż, na szczęście mój charakter i poczucie humoru są widoczne również w obcym języku i są osoby, które to doceniają. I tymi momentami się cieszę. Próbuję nie brać do siebie tych, w których czuję się samotna i wyobcowana w świecie języka, w którym się nie wychowałam. Ale jest ciężko po takim czasie, jestem już zmęczona.

czwartek, 19 września 2013

Co robiłam, jak nie pisałam


         Tak, tak, długo nie pisałam. Najpierw nie miałam weny, a potem zaczęła się szkoła i taki zapieprz, że czasem po godzinach w domu pracowałam do dwunastej w nocy. Zresztą nie wiem, czy jeszcze mi się nie przytrafi. Nie no, podoba mi się, bo wreszcie mam zajęcie (przez 2 miesiące nie robiłam prawie nic), do tego pożyteczne, mam dużo zróżnicowanych zadań, czuję odpowiedzialność i satysfakcję. W tygodniu piszę i udoskonalam plany zajęć, koresponduję z wolontariuszami, do tego uczestniczę we wtorkowych i czwartkowych zajęciach After School, no a w sobotę to już jazda bez trzymanki… Zajęcia w szkole dla setki dzieci i JA to koordynuję. Oczywiście mam wsparcie i głowy, które myślą o szczegółach, o których ja zapominam i pomagają w rzeczach, których nie jestem w stanie ogarnąć, ale generalnie to ja dbam o to, żeby całość grała. I jak na razie gra : ). W związku z tym oraz w związku z innymi czynnikami, które sprawiają, że jest mi tu dobrze, postanowiłam nie wracać w październiku. Nie wyobrażam sobie wyjechać stąd za miesiąc, po prostu sobie nie wyobrażam. Wreszcie mam pracę, którą chcę mi się wykonywać (dobra, czasem mam lenia, ale nie rzygam na myśl o niej, a jak się wkręcę, to jest fajnie), poza faktem, że za każdym razem się stresuję, że nie ogarnę wszystkiego do soboty, to wiodę sobie zrelaksowane życie, mieszkanie czasem mnie dobija, ale współlokatorki mam fajne, do tego dobrych znajomych, na których mogę polegać, weekendy zazwyczaj zapchane wydarzeniami… To jeszcze nie czas, żeby wracać i zastanawiać się, co dalej z moim życiem. A przede wszystkim tęsknić za moim meksykańskim życiem. Chyba wypłaczę sobie oczy, jak już dojdzie do pożegnania…
         Największy problem, jaki jawi się przede mną w związku z pomysłem na zostanie tu dłużej, to pozwolenie na pobyt. Przysługuje ono na 180 dni, co w moim przypadku kończy się w połowie listopada. Przez ostatnie dni próbowałam się dowiedzieć, czy i jak mogę je przedłużyć, no i wychodzi na to, że jedyna opcja, to wyjechać za granicę, wrócić i dostać kolejne 180 dni. W Instytucie Migracyjnym twierdzą, że mogę wyjechać i wrócić tego samego dnia i nie będzie problemu, więc zostaje mi im uwierzyć. Najbliżej mam Stany Zjednoczone (jakieś 4 godziny drogi), ale bez wizy tam nie wjadę. Ratuje mnie więc fakt, że w październiku wybieram się na Półwysep Jukatan, a stamtąd już tylko rzut beretem do Gwatemali i Belize. Przejście graniczne z Gwatemalą znajduje się jednak za bardzo na południe (na północy jest dżungla i rezerwat przyrody), więc zostaje to drugie. Tak, wygląda na to, że pojadę na jeden dzień do Belize. Niezły czad.
         Poza tym, jak zdaje się można się dowiedzieć nawet z polskich mediów, w Meksyku szaleją huragany. Na szczęście bardziej na południu niż na północy, więc jedyne, co mnie dotknęło, to deszcz, deszcz, deszcz. Najpierw ze dwa razy dziennie, potem bez przerwy. Ulice zamieniające się w rzeki, ale tylko na chwilę. Groźba jednak była, bo dwa lata temu Monterrey nawiedził huragan o wdzięcznym imieniu Alex i porobił takie spustoszenia, że poświęcili mu nawet wystawę w muzeum.
         Rozwińmy jednak temat szkoły. Oj, dużo nerwów mnie to kosztowało i mam nadzieję, że to już koniec tego etapu. Najpierw nie mogliśmy znaleźć szkoły i start zajęć przesunął się o 2 tygodnie. Ach, jakie to typowe. Jak już znaleźliśmy i wszystko wydawało się iść ok, okazało się, że szanowna pani dyrektor wymyśliła sobie, że dzieci nie będą płacić za dwie pierwsze soboty (normalna kwota to 25 peso za każdy tydzień), żeby najpierw zobaczyć, jak funkcjonujemy. W planie na pierwsze spotkanie był poczęstunek dla wszystkich, ale uznałam, że bez funduszy to niewykonalne i zrezygnowałam z tej części. Gdy moja przełożona się o tym dowiedziała, stwierdziła, że jak to, że musi być poczęstunek, zawsze był, że to taka przyjemna, integracyjna część. Że mogę poprosić wolontariuszy, żeby każdy coś przyniósł – jeden chipsy, drugi talerzyki, inny kubeczki. Tak, tylko wtedy myśleliśmy o jakichś 30-40 dzieciach. Ja tak myślałam, bo nie znałam realnych wymiarów szkoły. Ale dlaczego tak myślała moja przełożona, która sama tę szkołę znalazła i miała jej porównanie z innymi, to już nie wiem. Wszystko nam się objawiło, gdy na kilka dni przed pierwszymi zajęciami przeszłyśmy się z reklamą Saturday School po klasach czwartych, piątych i szóstych (do tych skierowany jest nasz program) – po dwie klasy z każdego rocznika, w każdej ok. 30 dzieci. Udało nam się przedstawić nasze zajęcia w takich superlatywach i z takim entuzjazmem („Lubicie rysować? Lubicie jeździć na wycieczki? Przyjdźcie do nas, mamy nauczycieli z całego świata!”), że po przejściu 2/3 klas stwierdziłam, że może zaczniemy wszystko mówić nudnym, zniechęcającym tonem, bo przyjdą, a raczej przypędzą wszystkie te dzieciaki… Po oszacowaniu i zrobieniu porównania ze szkołą, gdzie prowadzimy After School, wyszło nam, że możemy się spodziewać ok. 80-100 dzieci. A ja wciąż miałam zorganizować im poczęstunek BEZ PIENIĘDZY. SAMA. Moja przełożona zgodziła się na pomysł dyrektorki, że nie będą płacić, nie była w stanie przewidzieć, że z dwa razy większej szkoły niż zwykle nie będziemy mieć 40 dzieci, tylko 80, uparła się, że musimy zorganizować poczęstunek, ale całe praktyczne wykonanie spadło na mnie jedną. Umierałam ze stresu i wku**ienia na nią za tę sytuację. W środę przed dniem zero miałam totalny kryzys czując, że jestem zupełnie sama. Ale wtedy przyjechał mój dobry znajomy, wymyślił, że możemy zrobić tostadas, bo to jest tanie, on przyniesie owe tostadas, poprosimy pozostałych wolontariuszy o fasolę, śmietanę i salsę, kupimy napoje w proszku za 1 peso, za 3 peso napełnimy wodą 6-litrowe butelki i jakoś to będzie. No i zaczęłam pisać do wolontariuszy i każdy się z czymś zaoferował. Po kilku godzinach miałam zaklepane wszystkie składniki plus kubeczki i serwetki. Następnego dnia okazało się, że dzieci jednak będą płacić za lekcje, tylko mniej, poza tym mogę skorzystać z funduszy After School. Dostałam do wykorzystania 150 peso, za co kupiłam więcej tostadas, fasoli i salsy. Z jedzenia, które dostaje z supermarketów AMMAC wzięłam trzy ciasta w dobrym stanie. Zrobiłam to. Nie wiem, jak, ale to zrobiłam. To zresztą chyba będzie zostanie mottem mojej pracy tutaj. „Nie wiem jak, ale to zrobimy.”
         No i nadszedł dzień zero. Spóźniłam się prawie pół godziny przez złe oszacowanie czasu i korki. Gdy zobaczyłam te tłumy czekające w szkole, miałam ochotę uciec. Nie wiedziałam, co się dzieje, czy już inni zaczęli coś organizować, szukałam koleżanek z pracy. Pozostali wolontariusze stali i czekali nie wiedząc, co ze sobą począć. Wszystko stało, a trzeba było to wprawić w ruch. JA miałam wprawić to w ruch. Dobrze, że były osoby z AMMACu, które mi w tym pomogły… Był już czas rozpoczęcia zajęć, więc powiedziałam wolontariuszom, żeby podzielili dzieci na grupy i poprowadzili z nimi gry, które rozdałam im na kserówkach, a sama pognałam do pracowni komputerowej, żeby przedstawić rodzicom prezentację na temat programu. Gdy po wszystkim stamtąd wyszłam, spojrzałam na boisko i zobaczyłam, że wszystko funkcjonuje, dzieci bawią się w zespołach, serce mi urosło. To działa! Jak dobrze, że mam takich wspaniałych wolontariuszy. Nie mogłam jednak odsapnąć, bo nadszedł czas na rozpoczęcie egzaminu. Podzielenie setki dzieci na 3 sale okazało się łatwe dzięki dwóm wolontariuszkom z USA, które po prostu kazały im się ustawić klasami – 4, 5 i 6. Gorzej z rozdzieleniem sterty egzaminów na 3 odpowiednie części. W dodatku pękła torba, w której się znajdowały i pomieszały się kartki. Od tej pory wszystko zszywam… Po jakichś 10 minutach biegania między klasami, donoszenia egzaminów i martwienia się, że zabraknie dla kogoś kopii, w końcu odetchnęłam z ulgą, gdy okazało się, że każde dziecko ma swój egzemplarz i coś do pisania. Zostawiłam wolontariuszy do ich pilnowania i pobiegłam sprawdzić, jak idą przygotowania do poczęstunku. Do tej pory nawet nie miałam chwili, żeby o tym pomyśleć, dobrze, że moje koleżanki z pracy się tym zajęły.
         Dzieci zaczęły kończyć egzamin i przyszedł czas na kolejne gry. W 6 drużynach o równej ilości osób. Boże, nigdy więcej. Ustawiałam to chyba przez 20 minut, a na końcu i tak okazało się, że dzieci się pomieszały i nie jest po równo, więc machnęłam ręką, po prostu już zacznijmy… Gry były trzy, na trzech różnych bazach, za każdym razem dwie drużyny rywalizowały na jednej bazie. Dwie bazy działały rewelacyjnie, na trzeciej miałam wolontariuszkę, która choć jest bardzo miła, to nie umie krzyczeć i większość dzieci chyba po prostu nie słyszała albo nie rozumiała zasad… Przychodziłam tam co chwilę i próbowałam pomóc, ale dalej nie udało im się zacząć gry. Cóż, w końcu na to też machnęłam ręką, bo nadszedł czas na wyczekiwany poczęstunek (biedne dzieci były już głodne przynajmniej od godziny). Ta część poszła chyba najbardziej gładko, wszystko grzecznie i w kolejce. W dodatku muszę wspomnieć, że chociaż niezbyt podoba mi się dyscyplina zaprowadzana w tej szkole (mundurki, ustawianie się w rzędach po każdej przerwie i maszerowanie do sal), to przynajmniej dzięki temu te dzieci są względnie grzeczne. Bo w After School to po prostu masakra, dwugodzinne darcie mordy… (Jezu, jutro tam znowu idziemy). Zjadły, wypiły, wybiła 12:30, rodzice zaczęli przychodzić po swoje pociechy, towarzystwo się rozeszło, a ja… czułam się zmęczona, ze zdartym gardłem, ale szczęśliwa. Wszystko zadziałało! No i tak co sobotę… No ok, na mniejszą skalę, bez poczęstunku no i już z doświadczeniem ; ).
         Tak, tak, karma do mnie wróciła i po tygodniach nicnierobienia czasem nie wiem, w co ręce włożyć. Jak już jesteśmy przy karmie, to trochę się obawiam, co będzie jeśli kiedyś przyjdzie mi spłacić wszystko to, co robią dla mnie tutaj inni. Prawdopodobnie będę musiała wybudować sierociniec gołymi rękami na skale przy 40-stopniowym mrozie albo coś w tym stylu. Mam nadzieję, że jednak się obejdzie bez takich ekstremów i po prostu oni wszyscy przyjadą do Polski, tak jak mi obiecują (tylko błagam, nie wszyscy naraz), a ja im się odwdzięczę wiktem i opierunkiem… A póki co, to ja korzystam. Jak dobrze, że jesteście : ).