środa, 7 sierpnia 2013

Chiapas - czas z tym skończyć (cz.4 i ostatnia)


Dzień 5

                Obudziłam się sama. Postanowiłam, że wykorzystam ten dzień najlepiej, jak mogę. Był to ostatni dzień MOJEJ podróży, należał do mnie i musiał być dobry.
                Samej jakoś łatwiej było szybko się ogarnąć, zjeść śniadanie i wyjść z hostelu o przyzwoitej godzinie. Postanowiłam pojechać do wioski San Juan Chamula, po powrocie pozwiedzać jeszcze trochę San Cristóbal, coś zjeść i iść na autobus do Villahermosa o 18:00. Zapytałam w hostelu, czy mogliby przechować przez ten czas mój plecak, żebym nie musiała z nim chodzić cały dzień i oczywiście się zgodzili, za darmochę. Pracują tam fajni, wyluzowani ludzie, m.in. obcokrajowcy, ma swój klimat, ogródek, ławeczki, ognisko każdego wieczora, biblioteczkę, filmy. Śniadania mi średnio smakowały (wszystko na słodko), ale i tak polecam, nazywa się Rossco Backpackers. 



                Za pomocą mapy i pytania się kilka razy o drogę, dotarłam do miejsca, skąd odjeżdżały colectivos do San Juan Chamula. Tylko 12 peso (3,5 zł) w jedną stronę, a do tego niezapomniane doświadczenie. Jechałam po krętej, wznoszącej się drodze z tubylcami, m.in. kobietami w tradycyjnych kolorowych strojach, z włosami zaplecionych w warkocze i niosącymi dzieci w tobołkach na plecach lub przed sobą.
                Po ok. 20 minutach bus wysadził nas na rynku San Juan Chamula. Najpierw skierowałam swoje kroki w stronę kościoła, który miał być główną atrakcją. Oj i był. Był zdecydowanie rzeczą, która najbardziej zaskoczyła mnie w całym Chiapas i zrobiła na mnie największe wrażenie. Przekroczyłam próg kościoła spodziewając się typowego wnętrza, ławek, złoconych obrazów i takich tam. O, nie. Nie było żadnych ławek. Podłoga całego kościoła była obficie pokryta sosnowymi igłami. Tu i ówdzie na ziemi siedziały grupki miejscowej ludności paląc przed sobą świece (przytwierdzone woskiem do podłogi) i modląc się w swoim języku, tzotzil. Wszyscy mieli ze sobą napoje, głównie coca-colę. Później dowiedziałam się, że chodzi chyba o oczyszczanie się w czasie rytuału. Kilka kobiet miało też ze sobą martwe kury. Przechadzałam się między tym wszystkim z szeroko otwartymi ustami przez dobrych kilka minut. W powietrzu unosił się zapach kadzideł, a wszystko było jakieś nadprzyrodzone i dzikie. W życiu czegoś takiego nie widziałam i w życiu nie potrafiłabym sobie nawet tego wyobrazić. Kościół chrześcijański połączony w najlepsze z pogańskimi rytuałami, które przetrwały konkwistę. Niestety nie mam zdjęć, bo we wnętrzu nie można ich było robić. 



                Po wyjściu z kościoła bez większych problemów udało mi się kupić wegetariański obiad za zawrotną cenę 40 peso (11 zł, szkoda, że w samym San Cristóbal nie ma takich cen ;P). Najadłam się totalnie, a jalapeños i sos habanero wcale mnie bardzo nie piekły! Nie wiem, w czym tkwi tajemnica, chyba były jakąś słabszą wersją, bo potem jadłam inne i nie, wcale się nie przyzwyczaiłam. Następnie udałam się na poszukiwania cmentarza opisanego w moim przewodniku. Szłam ulicą z dwóch stron zastawioną stoiskami z pamiątkami, więc oczywiście zanim znalazłam ten cmentarz, miałam już figurki zwierząt, kolejne bransoletki do kolekcji, długopis, torebkę, breloczek i nawet nie pamiętam co. No bo wszystko takie tanie! Ok, poza torebką, ale była śliczna i, jak to mówią, powiedziała do mnie „mamo”. Tu i ówdzie, zwłaszcza na rynku przed kościołem, kręciły się dzieci czekające na turystów i sprzedające różne tanie pamiątki. Gdy się odmawiało, najczęściej mówiły, że są głodne. Albo w ogóle nic nie sprzedawały, tylko za tobą chodziły i chciały jedno peso. No bo jak jestem biała, to przecież z Hameryki i sypię dolarami... Smutne to było, ale trochę mi przeszło, jak kupowałam pocztówki i chłopiec stojący obok, NIE SPRZEDAJĄCY tych pocztówek, powiedział „Za kartki 30 peso i 5 peso napiwku dla mnie”. Zapytałam, dlaczego niby dla niego, na co odparł zawadiacko „Głodny jestem!”. Yy, jasne. 
Piękne jest to, co przykrywa tortille, ale niestety nie udało mi się niczego podobnego w takim rozmiarze znaleźć na straganach.



                Dotarłam w końcu do starego cmentarza, na którym groby miały krzyże w trzech kolorach: białym, niebieskim i czarnym. Mój niezastąpiony przewodnik wyjaśnił, że krzyże białe były dla dzieci, czarne dla tych, którzy umarli staro, a niebieskie dla całej reszty. Pozwiedzałam też stary, opuszczony kościół przy cmentarzu. 








                No i to w sumie tyle, co było do zobaczenia w San Juan Chamula, ale na pewno warto zobaczyć na własne oczy ten szalony kościół z martwymi kurami i przekonać się, jak żyją potomkowie Majów na prowincji. 




Później wracałam z tą parą busem.


Jak zrobić dwa błędy ortograficzne w czterech słowach ;)


                Po powrocie do San Cristobal miałam jeszcze trochę czasu, więc postanowiłam odwiedzić muzeum majańskiej medycyny. Niestety żadna z map, które miałam już tam nie sięgała, więc ledwo je znalazłam, po drodze się zgubiwszy, bo jedna z zapytanych osób wskazała mi przeciwny kierunek. W rezultacie nie zostało mi wiele czasu na zwiedzanie, ale muzeum na szczęście nie jest duże. No i szału też nie robi, chociaż dowiedziałam się trochę o majańskich rytuałach, m.in. o tym, jak wygląda poród, co możecie podziwiać na zdjęciu poniżej. Łożysko zakopują pod podłogą. Ale jak ktoś nie jest zainteresowany tematem i nie ma za dużo czasu w San Cristóbal, to nie ma co sobie zawracać głowy. Ciekawsze jest pewnie polecane Na Bolom (i bliżej centrum, a nie na jakimś zadupiu, gdzie już trochę miałam strach iść), ale tam niestety nie dotarłam. 
Droga do muzeum, już zwątpiłam, gdzie jestem. Co to, k****, Dziki Zachód?


A to jest poród, proszę państwa. Z przodu małżonek, z tyłu partera, czyli znachorka opiekująca się kobietami.

Wyrób świec.

Toalety podpisane w tzotzil zdaje się.

"Nie pij Coca-Coli". Plakat wydaje się dość stary, ale kampania raczej nie przyniosła wielkiego skutku, bo spożycie Coca-Coli jest tu nadal ogromne, tak jak ilość zachorowań na cukrzycę...

Słów kilka o modyfikowanej genetycznie kukurydzy. A ilość spożycia kukurydzy również jest tu OGROMNA (wystarczy, że tortille są robione z mąki kukurydzianej).
                Gdy byłam w muzeum, lunął deszcz (wiwat pora deszczowa), więc wzięłam taksówkę do hostelu, zabrałam swój plecak i pomaszerowałam do centrum coś zjeść. Postanowiłam sprawdzić polecany mi wcześniej Bar Revolución (ma klimat), gdzie zamówiłam wielką i pyszną kanapkę na wynos i udałam się na dworzec autobusowy po drodze robiąc ostatnie zdjęcia. Ech, miałam nadzieję, że starczy mi jeszcze czasu na spokojny spacer po mieście, ale przez Museo Medicina Maya się nie udało, więc trzeba było szybko powiedzieć „Adiós, San Cristóbal, mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy...”. 


                Najpierw pojechałam do Tuxtla Gutierrez, gdzie miałam przesiadkę do Villahermosa. Kierowca drugiego busa, gdy tylko mnie zobaczył, cały się rozpromienił, rozweselił i zapytał, jak mam na imię. Ech. Potem na szczęście dał mi spokój.
                Po kilku godzinach dotarłam do Villahermosa, gdzie odebrał mnie Julio i zabrał do siebie do domu. Tam odbywała się akurat posiadówa z udziałem jego ojca i jakichś znajomych. Powiedzieli, że ich dom jest moim domem, a kobieta w ich domu jest dla nich święta :).  Wyrażenie „Mi casa es tu casa”, to coś, co można usłyszeć w Meksyku bardzo często, nawet od dopiero poznanych osób ;). Nawet miałam ochotę posiedzieć i pogadać, podzielić się wrażeniami z podróży, ale było już strasznie późno, a ja musiałam bardzo wcześnie wstać na samolot. Poszłam więc spać, a rano bez najmniejszych chęci odleciałam z powrotem do Monterrey.



wtorek, 6 sierpnia 2013

Dlaczego kocham i muszę podróżować



         W mojej rodzinie uchodzę za globtrotera, wśród niektórych znajomych również. Ja się aż tak nie czuję, bo z drugiej strony mam wielu znajomych, którzy podróżują dużo więcej i częściej niż ja, zwiedzili o wiele więcej miejsc i przy nich zdecydowanie wypadam blado. No ale powiedzmy, że na pewno podróżuję więcej i dalej niż przeciętna osoba. Poza tym miałam to szczęście, że moje zagraniczne podróże to głównie nie wyjazdy na kilka dni, tydzień czy dwa, spanie w ho(s)telu, zaliczanie zabytków i prowadzenie przypadkowych rozmów z tubylcami, tylko mieszkanie i studiowanie czy pracowanie w danym kraju. A to jest zupełnie, zupełnie inna jakość. Bo taki wyjazd to najczęściej jak zaczęcie nowego życia, zwłaszcza jeśli wyjeżdża się samemu. Przeczytałam ostatnio zdanie, które zresztą znałam już wcześniej i które jest trochę przesadzone, ale ma w sobie prawdę: „Świat jest jak książka, a ci, którzy nie podróżują, czytają tylko jedną stronę”. Oczywiście nie chce umniejszać doświadczeń tych, którzy tyle nie jeżdżą po świecie, bo np. nie mają możliwości, ale ja dzięki zmienianiu miejsc w kraju i za granicą czuję się trochę, jakbym przeżyła kilka żyć albo przynajmniej kilka odrębnych rozdziałów. Moje życie katowickie, moje życie tomaszowskie, moje życie poznańskie, moje życie fińskie (również w kilku rozdziałach), moje życie krakowskie i wreszcie moje życie meksykańskie. Zmienia się wszystko: otoczenie, język, ludzie, klimat, jedzenie. Z jedną niezmienną stałą, którą jesteś ty i twoja świadomość. W tym wszystkim z całą pewnością posiadasz tylko siebie.
         Są ludzie, którzy nie rozumieją takiego podróżowania i ciągłego zmieniania miejsc, ale chyba tylko dlatego, że sami tego nie doświadczyli. Czy tym da się nie zarazić, gdy już się zacznie? I tu naprawdę nie chodzi tylko o zwiedzanie zabytków, poznawanie obcokrajowców i próbowanie egzotycznych potraw. To jest wspaniałe, ale to tylko powierzchnia tego wszystkiego, co doświadczasz decydując się na życie w obcym kraju.
         Gdy żyjesz i pracujesz/studiujesz za granicą już nie muskasz tylko powierzchni, ale po prostu wsiąkasz w dany kraj. Codziennie rano i po południu jeździsz ze wszystkimi metrem czy autobusem, codziennie patrzysz na ich zmęczone twarze i twoja też jest często tak samo zmęczona, jesz w miejscach, w których oni jedzą, jakichś zwykłych barach, a nie tylko lepszych restauracjach, robisz codzienne zakupy w supermarkecie, poznajesz więc wszystkie produkty, jakie są na półkach. Już nie jesteś turystą, żyjesz życiem normalnego mieszkańca danego miejsca. Jesteś jego mieszkańcem. I przede wszystkim spędzasz czas z jego innym mieszkańcami. To już nie są przypadkowe, powierzchowne, zabawne rozmowy pt. „Co ci się podoba w naszym kraju?” czy „Naucz mnie czegoś po polsku”, to rozmowy o wszystkim i o niczym, wspólne milczenie, nudzenie się, planowanie, wyjaśnianie nieporozumień, wymiana poglądów, argumentowanie. Dopiero wtedy naprawdę ich poznajesz. I zauważasz, że ludzie na całym świecie są do siebie cudownie podobni.
         Najbardziej wierzchnia warstwa to poznanie kraju. Kolejna, głębsza, to poznawanie ludzi. Dochodzi jeszcze poznawanie języka, które też jest cudownym doświadczeniem, gdy wreszcie docierasz do momentu, w którym odkrywasz, ile się nauczyłeś i że nareszcie MÓWISZ i ROZUMIESZ. Ale najważniejsza warstwa i taka, do której możesz dojść dopiero po jakimś czasie, to poznawanie siebie. Na wszelkie możliwe sposoby. Jeśli to twój pierwszy taki wyjazd i mieszkanie bez rodziny, to na pewno przekonasz się, jak jesteś silny, jak potrafisz sobie poradzić i na pewno będzie to więcej niż sobie wyobrażasz. Z każdym kolejnym wyjazdem też zresztą będziesz się przekonywać o tym samym, z tymże będziesz mieć już więcej pewności siebie i odwagi. Choć myślę, że zawsze przed podróżą przychodzi jakiś strach i niepewność. Poza tym poznasz ludzi, których normalnie byś nie spotkał i którzy mogą postawić cię w sytuacjach, w których jeszcze nie byłeś, a jeszcze częściej już byłeś, ale wciąż nie umiesz sobie w nich poradzić. Ludzie z innych kultur mogą też widzieć w tobie cechy, których nikt wcześniej nie widział lub ci o nich nie mówił. A co jest dla mnie najważniejsze?
         Mniej lub bardziej często pewnie prawie każdy myśli sobie, jak dobrze byłoby rzucić to wszystko, wyjechać i zacząć gdzie indziej od początku. Że wtedy wszystko byłoby inaczej, że zmieniłoby się całe życie i on sam, narodziłby się na nowo. I kiedy to zrobisz, faktycznie jest inaczej, przez jakiś miesiąc, może krócej, może dłużej. Wszystko jest nowe, wszystkiego chcesz doświadczać, czujesz pełnię, a jednocześnie niedosyt i nie masz czasu na myślenie, bo tyle jest do zrobienia i do powiedzenia. Ale w końcu przychodzi moment, w którym wszystko się uspokaja, stabilizuje, traci tempo i staje się… takim życiem, jakie miałeś wcześniej. Z tymi samymi schematami. A w tobie powracają te same uczucia. Wszystko przed czym miałeś uciec, co myślałeś, że zostawiłeś za sobą. Możesz wtedy zostawić wszystko i wyjechać kolejny raz. I kolejny. I kolejny. Ale jakkolwiek nie zmienisz swojego otoczenia, ty zawsze będziesz ten sam. To, co najbardziej chcesz zostawić, zawsze będzie za tobą podążało, bo jest w tobie. I w końcu będziesz musiał to sobie uświadomić i skonfrontować się z tym, wewnątrz siebie, nie przez zmianę miejsca.
         To nie znaczy, że nie warto podróżować. Tym bardziej warto, bo być może dopiero w ten sposób poznasz siebie i to, czego potrzebujesz. Gdybyś nigdy nie wyjechał, wciąż mógłbyś myśleć, że musisz zmienić miejsce, nie siebie.
         Ja nie chcę żyć inaczej niż podróżując, bo tylko wtedy naprawdę czuję, że żyję. Jakikolwiek dłuższy pobyt w jednym miejscu wprowadza mnie w stagnację. Najbardziej, najbardziej lubię, gdy już przejdę przez cały reisefieber, wszystko dopnę na ostatni guzik, wsiadam wreszcie do autobusu/pociągu/samolotu, wsadzam bagaż gdzie trzeba, siadam w fotelu, pojazd rusza, a ja patrząc na uciekającą mi przed oczami drogę myślę o wszystkim tym, co za mną, o wszystkim tym, co przede mną i czuję się wolna.

środa, 31 lipca 2013

Chiapas - to już prawie koniec (cz.3)



(Tu wcale nie ma dużo tekstu, to przez zdjęcia takie długie się zrobiło ;P)

Dzień 3

    Leniwie wstaliśmy, ogarnęliśmy się, zjedliśmy śniadanie, przy którym poznaliśmy Meksykankę przebywającą w San Cristóbal na wolontariacie, po czym zabraliśmy się za planowanie, gdzie mamy dziś iść i co zwiedzić. Ja uparcie tkwiłam przy swoim superhiperprzewodniku z Lonely Planet, a Alex nieodmiennie w niezrozumiały dla mnie sposób mu nie ufał i sprawdzał wszystko w internecie na swoim superhipermodernistycznym laptopotablecie. Z połączenia tych dwóch sił powstał JAKIŚ plan uzupełniony dopytaniem się na recepcji, co jest warte zobaczenia, a co jest za daleko, żeby zawracać sobie głowę.
         Gdy tylko wyszliśmy z hostelu na ulicę, zaczęliśmy robić pierwsze zdjęcia. Już poczułam, że mogłabym tam mieszkać, przynajmniej przez jakiś czas (jak do tej pory wątpię, czy istnieje miejsce, gdzie mogłabym mieszkać przez całe życie). San Cristóbal jest śliczne, odpowiednio małe, zrelaksowane i spokojne, ale żywe, pełne obcokrajowców i różnych zakręconych ludzi. Życie zdaje się tam toczyć swoim rytmem, ale wydaje się, że zawsze byłoby coś do roboty. Koncerty, pokazy filmów i inne alternatywne wydarzenia. 





         Planowanie zwiedzania zajęło nam tyle czasu, że w końcu zgłodnieliśmy i pierwsze co, to poszliśmy do poleconej nam pizzeri prowadzonej przez Włochów. Po drodze wstąpiliśmy do tortillerii, bo Alex chciał, żebym spróbowała świeżo zrobionej tortilli – faktycznie, jest lepsza od tych ze sklepu, no i mięciutka. Przy okazji zobaczyłam wreszcie, jak wygląda maszyna do robienia tortilli. 

Włosi prowadzący pizzerię byli bardzo sympatyczni i mówili bardzo dobrze po hiszpańsku, ale nie zrozumieli naszego zamówienia i zamiast pizzy z rukolą, która na jednej połowie miała nie mieć szynki, a na drugiej mieć jej podwójną porcję dostaliśmy jakiegoś dziwoląga – ćwierć z rukolą i szynką, ćwierć z rukolą, a połowa… wegetariańska. No cóż, przynajmniej była naprawdę dobra. I wreszcie przekonałam się, że limonada i agua de jamaica (z hibiskusa) nie muszą być obrzydliwie słodkie i że mogę je zamawiać, tylko trzeba wiedzieć gdzie. Na pewno nie w Gorditas de Doña Tota. 
Pizzeria
         Potem czas było wreszcie zaliczyć najważniejsze punkty programu – Templo de Santo Domingo otoczone przez barwne stoiska z rzemiosłem i różnymi lokalnymi pamiątkami, Plaza 31 Marzo, Katedra położona przy tymże placu, przed którą kobiety i dzieci z ludu Tzotzil chodziły od przechodnia do przechodnia sprzedając paski i bransoletki, a następnie Cerro de San Cristóbal, czyli wzgórze i położony na nim kościół. Wszystko inne po drodze również było urokliwe, choć dla nas bezimienne. Wszędzie kręciło się pełno ludności etnicznej – zwłaszcza kobiet i dziewczynek w tradycyjnych strojach, z włosami zaplecionymi w warkocze, co totalnie mnie urzekało. Wiele kobiet nosiło spódnice z czarnego futra albo z czegoś co przynajmniej wyglądało jak futro. 

Templo de Santo Domingo


Jikama (taki owoc czy też warzywo, dalej nie wiem) w kolorowym cukrze


Catedral


Creepy


Kiedy Alex zobaczył drogę na wzgórze San Cristóbal, zaczął kląć pod nosem i nie tylko pod nosem, ale dał radę i o lasce, a moja noga na razie się specjalnie nie odzywała. A na górze poza kościółkiem i klęczącymi w nim ludźmi czekał nas festyn, który wydawał się dopiero rozkręcać. Nie dowiedzieliśmy się niestety, o co chodziło, ale musiałam to uwiecznić ten folklor, co możecie podziwiać na filmiku poniżej. Droga z góry okazała się oczywiście łatwiejsza, ale cały ten spacer tak nas zmęczył, że do hostelu wracaliśmy taksówką. 
Wyłania się Cerro de San Cristóbal

Się wyłoniło

Polka w środowisku naturalnym - to już nie dżungla, to LAS!






Dzień 4

         Dzień wcześniej wykupiliśmy wycieczkę do Cañon del Sumidero (255 peso na łebka, ok. 70 zł). Na tablicy informacyjnej było napisane „Salida/Departure 9:00/9:15”, w związku z czym myślałam, że godzina 9:00 to dla Meksykanów, a 9:15 to formalny czas odjazdu. Niestety kiedy zeszliśmy na śniadanie w okolicach 9:08 (oczywiście za późno wstaliśmy), przyszedł pan kierowca i powiedział, że już wyjeżdżamy. Czy ciągle musi się powtarzać ten sam schemat…? Porwałam więc z bufetu banana i dwa tosty posmarowane dżemem i pognaliśmy do busa. Gdy wchodziłam do niego z w połowie zjedzonym bananem, pan kierowca dodatkowo poinformował mnie, że w busie nie można jeść, przytaknęłam mu ochoczo „sí, sí, sí”, po czym po kryjomu i tak dokończyłam banana. Fuck the system, yeah.
         Do kanionu jechaliśmy chyba ok. godzinę, a następnie zostaliśmy zapakowani w twarzowe kapoki i wsiedliśmy do czekającej na nas łódki. Gnaliśmy pomiędzy coraz bardziej wzrastającymi nad naszymi głowami zboczami chwilami zatrzymując silnik, żeby przyjrzeć się ciekawszym miejscom, miejscowej faunie i florze, w tym dziko żyjącym krokodylom czy też figurce Matki Boskiej w skale. 










Nie powiem, ładnie tam było, ale nie zrodził się we mnie większy zachwyt, to chyba nie mój rodzaj miejsca. Wolę ogromną taflę jeziora albo burzliwą wodę rzeki czy wodospadu. Ale krokodyle były fajne. Wiatr porwał mi kapelusz, na szczęście nie do wody, tylko na dno łódki, ale zdążyłam wydać z siebie niezły pisk i Alex zaczął się zastanawiać, dlaczego kobiety reagują takim samym piskiem na stratę kapelusza, jak i na mord i jak ma to niby rozróżniać. W sumie to nie wiem, geny czy coś. I to raczej nie jest po to, żeby to rozróżniać, ma po prostu informować „źle się dzieje” i przyzywać mężczyznę na pomoc. Czy coś. Po wypłynięciu z kanionu czekało na nas tzw. pływające „oxxo” (najpopularniejszy tutaj sklep), czyli łódka sprzedająca przekąski i napoje. Interes kwitnie wszędzie, a na środku jeziora nie mieli konkurencji. 


         Po ok. 2 godzinach wróciliśmy do przystani i bus zabrał nas w drogę powrotną z 40-minutowym przystankiem w Chiapa de Corzo, gdzie porobiliśmy trochę zdjęć. 





         Po powrocie do San Cristóbal oczywiście umieraliśmy z głodu, więc postanowiliśmy iść do restauracji libańskiej, jako że Alex ma libańskie korzenie. Wreszcie był normalny wybór dla wegetarian, zamówiłam humus ostro przyprawiony czosnkiem. Tak swoją drogą, to niezły procent wydatków w czasie podróży poszedł nam na jedzenie. No cóż, normalni backpackersi kupują chleb, ser i jogurt, a nie szlajają się codziennie po restauracjach jak jakieś burżuje… Po obiedzie Alex chciał koniecznie spróbować tamtejszej kawy, więc poszliśmy do kawiarni Carajillo Cafe. Przy okazji zrobiliśmy podsumowanie podróży i wydatków, wypadło trochę kiepsko, chociaż ja w sumie taki budżet sobie zakładałam. Tego wieczoru mieliśmy wsiąść w nocny autobus do Villahermosa, spędzić w niej cały kolejny dzień i wylecieć do Monterrey następnego dnia rano. Tylko że… 



Kupujemy kawę z Chiapas.
         Gdy kupowaliśmy bilety powrotne na samolot, zostało ostatnie wolne miejsce, więc Alex kupił je dla mnie i liczył, że potem zwolni się też miejsce dla niego i je wykupi. Nie zwolniło się. Miał więc do wyboru wracać do Monterrey albo dzień wcześniej, czyli nazajutrz, albo dzień później niż ja. Wybrał to pierwsze ze względu na czekające na niego obowiązki. Wciąż mieliśmy jechać do Villahermosa razem, tylko że potem miałam go z rana odstawić na lotnisko i zostać tam na cały dzień sama, niewyspana i zła. A w Villahermosa nie ma za wiele do zobaczenia. Pobiłam się trochę z myślami, ale po jakimś czasie już wiedziałam, co muszę zrobić. W pewnym momencie trzeba przestać gonić za innymi do ostatniej chwili, tylko zrobić to, co jest najlepsze dla ciebie, choć w danym momencie się temu sprzeciwiasz. A dla mnie najlepsze było zostać w uroczym San Cristobal, wyspać się, pozwiedzać to, co jeszcze chciałam pozwiedzać i pojechać do Villahermosa wieczorem. Tak było najlepiej i w głębi to wiedziałam.
         Z kawiarni poszliśmy kupić bilety na autobus do Villahermosa z przesiadką w Tuxtla Gutierrez (ok. 300 peso, zdzierstwo, ale autobusy są tu drogie, zwłaszcza pierwszej klasy). Alex na ten sam dzień, ja na następny. Potem pooglądaliśmy jeszcze trochę pamiątek, kupiliśmy magnesy i pocztówki i powoli zaczęliśmy iść w stronę dworca. Nieźle pobłądziliśmy dzięki foursquare, zatoczyliśmy koło i w rezultacie musieliśmy wziąć taksówkę, która dowiozła nas na miejsce 5 minut przed odjazdem autobusu. Pożegnaliśmy się, wyszłam z dworca i wsiadłam do taksówki, która zabrała mnie do hostelu, do którego dzisiaj rano myślałam, że już nie wrócę, a na pewno nie sama.

c.d.n.