poniedziałek, 29 lipca 2013

Chiapas - cofnąć czas i zacząć jeszcze raz (cz.2)


Dzień 2

         Dzień wcześniej wykupiliśmy całodzienny tour, który miał zacząć się o 8 rano. Wstaliśmy za późno, nie zdążyliśmy zjeść żadnego śniadania i o 8:03 stanęliśmy przy drodze, skąd bus miał zabrać nas do ruin Palenque. Nikt nie czekał, a jako że jesteśmy w Meksyku, to ciężko było oczekiwać, że już odjechali. Alex dzwonił do firmy, która miała nas zabrać ze dwa czy trzy razy i w końcu o 8:30 zjawił się bus. Mogliśmy w tym czasie zjeść śniadanie i mieć trochę lepsze humory, a tak musieliśmy się posilić przed wejściem do ruin (ceny żywności oczywiście lekko zabójcze), co uwieczniłam na poniższym filmiku.

W rezultacie z ok. 3,5 godzin na zwiedzanie Palenque zostały nam jakieś 2,5, bo o 12 mieliśmy odjazd do wodospadu Misol-Ha.
         W końcu weszliśmy na teren ruin. Długo wyczekiwana chwila miała zaraz nadejść. Wspięliśmy się po schodach i za chwilę wśród drzew zaczęły być widoczne jasnoszare kamienie... Patrzyłam jak urzeczona, jak moim oczom ukazuje się to, co wcześniej widziałam tylko na zdjęciach. I było dokładnie takie jak na zdjęciach. Piękne, skontrastowane z soczystą zielenią dżungli. Wspinałam się na co się dało wyobrażając sobie, jak to miasto musiało wyglądać w czasach swojej świetności (piramidy były pomalowane na czerwono) i pełne Majów. Do tego do zwiedzania udostępnione jest tylko 5%, więc całość była ogromna. Niestety najważniejszą piramidę, czyli Templo de Las Inscripciones przykryli jakimś niebieskim brezentem, ale reszta była gotowa na obfotografywanie. Gdyby jeszcze na zdjęciach dało się wszystko oddać ; ). 










                                       

Jacyś 8-10-letni chłopcy chodzili i sprzedawali wisiorki z majańskimi oznaczeniami miesięcy. Jeden z nich sprzedał mi jeden wisiorek za 10 peso (3 zł), po czym okazało się, że tyle kosztują trzy sztuki, ale jakoś tak zapomniał mi powiedzieć. Poza tym upewniałam się trzy razy, że kupiłam te miesiące, co chciałam. Ech, małe cwaniaki. Później kupiliśmy też zakładki z ręcznie malowanej skóry w śmiesznej cenie 10 peso.
Na muzeum niestety nie starczyło już czasu, ale w zasadzie aż tak mi nie zależało po tym jak okazało się, że grobowa płyta Pakala, która tam się znajduje, to kopia, a oryginał jest w jego grobie, do którego nie ma wstępu. Jak tak, to spadajcie.
Nie spieszyliśmy się specjalnie na umówioną dwunastą, skoro firma zabrała nas do ruin pół godziny później. Jednakże gdy tylko dotarliśmy do parkingu, już nas szukał rozgorączkowany pan kierowca (inny niż wcześniej) i prosił, żeby być na czas, bo mamy rozpiskę godzinową.
Pojechaliśmy do wodospadu Misol-Ha. Ja po drodze zdążyłam się źle poczuć – przez niewyspanie, kiepskie śniadanie, upał, słońce, jazdę na zakrętach i orzeszki, które zjadłam w Palenque – wszystko po trochu. Na szczęście przechadzka pod wodospadem i chłodna wodna bryza mnie trochę orzeźwiły. Wspaniale było patrzeć na wodę spadającą z taką siłą : ). 





W Misol-Ha spędziliśmy tylko 40 minut, po czym pojechaliśmy do kaskad Agua Azul. Po drodze pan kierowca powiedział, że w Agua Azul będziemy mieć na zwiedzanie 2 godziny po czym zabierze nas z powrotem do Palenque. Halo, halo, ale myśmy kupili tour z dowozem do San Cristóbal de Las Casas, ponad 200 km dalej. Okazało się, że firma nie powiedziała tego kierowcy, a jako że wszystkie pozostałe osoby miały powrót do Palenque, musiał zorganizować nam coś innego, ale jeszcze nie było jasne co. Alex już zdążył go znienawidzić i zrobiło się ogólnie trochę średnio.Owej firmy nie polecamy ;P.
W Agua Azul najpierw poszliśmy na obiad. Ja dalej czułam się kiepskawo i miałam ściśnięty żołądek, więc zamówiłam tylko kanapkę, z której dałam radę zjeść pół, a resztę zostawiłam na potem. W barze grało radio, w którym jakaś dziewczyna cały czas coś krzyczała, chodziło o jakąś petycję. Poprosiliśmy o wyłączenie, bo nie dało się tego słuchać.
Ok, czas iść nad tę wodę! Jest faktycznie ładnie, tylko jakoś tak średnio niebiesko (Agua Azul znaczy „niebieska woda”), ale to zapewne przez częste o tej porze roku deszcze. Nie da się ukryć, że na zdjęciach w internecie wyglądało ładniej. Przeprawiliśmy się tratwą, czy jak to nazwać, na drugą stronę, trochę pomokliśmy i porobiliśmy zdjęcia oraz filmiki.






No i nadszedł czas wyjazdu. Ledwo zdążyłam pójść do toalety, bo pan kierowca znowu był nadgorliwy i już prawie ruszał. Okazało się, że odstawi nas na autobus, który zabierze nas do San Cristóbal. Po drodze zrobiłam filmik, jest niezbyt fascynujący, ale gdyby ktoś chciał wiedzieć, jak wygląda meksykańska droga, to proszę:

Zrozumiałam, że do autobusu mieliśmy jechać 10 minut, a jechaliśmy 40. Okazało się, że przy okazji wydłużyło to naszą podróż do San Cristóbal z trzech godzin do czterech.
Podróż była długa, męcząca i w kiepskich nastrojach. Ja dalej średnio się czułam, miałam nadzieję, że nie zwymiotuję i jedyne, co chciałam, to spać i obudzić się, jak już dojedziemy. Myślałam, że po drodze poszukamy przez internet jakiegoś noclegu albo podzwonimy do hosteli, które miałam w przewodniku, ale cały czas nie było zasięgu, jeszcze sprzed Misol-Ha. In the middle of nowhere.
Dojechaliśmy do San Cristóbal ok. 22:30 nie mając noclegu. W lipcowy piątkowy wieczór, czyli ogólnie kiepskie widoki na wolne miejsca. Pierwsze wrażenie, gdy wysiedliśmy z autobusu – ZIMNO, cholernie zimno! Wcześniej cały czas było gorąco i wilgotno, więc miałam na sobie szorty, a teraz oddałabym królestwo za długie spodnie. Cóż, San Cristóbal de Las Casas jest położone na wysokości ponad 2000 m n.p.m. (właśnie to sprawdziłam i sama się zdziwiłam). Wpakowaliśmy się do taksówki i poprosiliśmy o zawiezienie do centrum i pomoc w szukaniu noclegu. Zatrzymaliśmy się przy kilku hotelach, ale wszędzie nie było już miejsc. Alex miał jeszcze 5% doładowania w komórce i szukał czegoś przez internet. W końcu zadzwonił do Rossco Backpackers Hostel i okazało się, że mają miejsca w dormitoriach. Nie było więc co się zastanawiać, pojechaliśmy tam się zameldować. Okazało się całkiem przyjemnie, dostaliśmy pokój 14-osobowy, ale z łazienką. 165 peso, czyli ok. 45 zł za noc, ze śniadaniem. Poszliśmy jeszcze coś zjeść do jakiegoś jednego z ostatnich czynnych barów. Stolik miał ceratę z motywem bożonarodzeniowym, zresztą często napotykam tu ten motyw w różnych miejscach ;P. Zamówiłam quesadillę i Alex śmiał się, że jem ją nożem i widelcem, a nie po bożemu, czyli rękami, ale, hej, była duża i wszystko się z niej wysypywało! ;P. Jakoś już lepiej było wreszcie dojechać, mieć dach nad głową i po raz pierwszy od początku wyprawy móc się wyspać, bo rano nie czekał nas żaden poranny wyjazd, tylko spokojne zwiedzanie.

c.d.n.

niedziela, 28 lipca 2013

Chiapas - jeszcze stamtąd nie wróciłam (cz.1)


         Spoglądam znów wstecz i znów stwierdzam, że ostatnio moje marzenia spełniają się coraz częściej, w coraz większej ilości i coraz szybciej. W przeciągu ostatniego roku, a w ciągu ostatnich dni już w ogóle jak szalone. Te starsze i te całkiem nowe. Myślę o czymś i za jakiś czas to mam. Czasem trzeba się postarać, choć i tak wszystko ci sprzyja i nie stawia przeszkód na drodze, a czasem nie trzeba robić prawie nic. Rzeczywistość chyba faktycznie nabiera zupełnie nowej jakości… Gdybym tylko potrafiła być bardziej tu i teraz i rozkoszować się w pełni chwilą, w której te marzenia się spełniają. Gdybym potem potrafiła zaakceptować, że ich czas już minął i żyć dalej tym, co mam. Gdybym tak mogła w kółko nie popełniać tych samych błędów. Gdybym tak mogła być najlepsza, jaka mogę być, i dawać to innym tu i teraz nie czekając na lepszą okazję.




Wszystkie osoby, z którymi rozmawiałam i które były już w Chiapas, mówiły mi, że jest tam pięknie i będzie mi się podobać. Podchodziłam do tego z lekkim dystansem, bo niby skąd ta pewność, że będzie mi się podobać to, co innym, a poza tym nie chciałam mieć za dużych oczekiwań, ale mieli absolutną rację. Chiapas ma prawie wszystko, co chciałam zobaczyć w Meksyku. Majańskie ruiny, rdzenną ludność, piękną i bujną przyrodę, rękodzieło urzekające kolorami. Mam nadzieję, że tam wrócę, choć tak naprawdę myślami wciąż tam jestem.



Dzień 0

         Do samolotu zostało kilka godzin, a mój towarzysz podróży nie odpisuje, nie daje znaku życia, nie odpowiedział mi, co robimy z noclegiem, a mamy zagwarantowany tylko na pierwszą noc, obiecał że posprawdza połączenia między miastami, godziny i ceny autobusów i wszystko mi opisze, ale wytrwale milczy. Uparcie twierdzi, że chce jechać, tylko że od przynajmniej tygodnia czuję się, jakby to tylko ja planowała wszystko w związku z naszą wyprawą. Praktycznie mi się już jej przez to odechciało, pakuję się, ale nie czuję radości. Czuję, że wolałabym wrócić do Polski, bo przytłacza mnie już ta tutejsza mentalność. I nagle cud, dzwoni, jakieś cztery godziny przed wyjazdem na lotnisko. Dodzwonił się do jakichś cabañas w Palenque, mają wolne miejsca, poza tym sprawdził autobusy i jeszcze kilka innych rzeczy, a zaraz zadzwoni i zapyta, ile kosztują taksówki na lotnisko i da mi znać. Jak już się w końcu zabierze do roboty, to wszystko, szybko i konkretnie. Tylko czemu trzeba tyle czekać..? Meksyk… Ale to już nieważne, mój humor odzyskany, pakuję się jak na skrzydłach, żegnam ze wszystkimi, wsiadam w taksówkę, jadę po Alexa, a potem już razem na lotnisko. Samolot linii Vivaaerobus zabiera nas do Villahermosa w stanie Tabasco (sąsiadującym z Chiapas), gdzie po dwóch godzinach odbiera nas znajomy Julio (pozdrowienia ; )), u którego będziemy nocować. W Monterrey jest gorąco, owszem, ale tu do tego jest PARNO. Julio mówi, że Tabasco i Chiapas są jak Monterrey plus woda ;). Siedzimy i gadamy do późna, po czym uzgadniamy, że następnego dnia wyjedziemy do Palenque autobusem o dziewiątej.

Dzień 1

         Wstajemy jakąś godzinę później niż planowane, więc wybieramy się na autobus na godzinę dziesiątą, na który spóźniamy się kilka minut i jedziemy dopiero o jedenastej. Docieramy do Palenque gdzieś po trzynastej i jest już trochę późno na wybranie się do ruin, poza tym jesteśmy głodni. Idziemy więc na obiad, wykupujemy na następny dzień tour ruiny Palenque – wodospad Misol-Ha – kaskady Agua Azul – dojazd do San Cristobal de Las Casas za 400 peso (ok.110 zł), a na dzisiaj postanawiamy po pierwsze znaleźć nocleg, a potem wybrać się na nocny tour w ekoparku Aluxes. 
Palenque - miasto. Moi pierwsi Majowie!

Najpierw zabieramy się colectivo (busik, który zbiera ludzi po drodze) do owego parku, żeby kupić bilety (280 peso na łebka, czyli ok. 80 zł), a potem postanawiamy przejść się pieszo do El Panchán, gdzie będziemy szukać noclegu, bo powiedzieli nam, że to tylko kilometr od Aluxes. El Panchán to kawałek dżungli z różnymi cabañas (takie chatki) do wynajęcia. Kilometr to to na pewno nie był, a już na pewno nie dla kogoś, kto chodzi o lasce, bo rozwalił sobie nogę miesiąc wcześniej (Alex) i też raczej nie dla kogoś, kto ma ciągle odzywający się problem z łąkotką (ja). I tak żeśmy se kuśtykali, Dr House i Paloma. 
Zagubieni gdzieś między Aluxes a El Panchán

Nareszcie!

Dokuśtykaliśmy nieźle zmęczeni, ale na szczęście znalazła się dla nas wolna cabaña za 150 peso na głowę. W prawdziwej dżungli! Dzikie rośliny, dzikie odgłosy, no i ta wilgoć przesiąkająca wszystko na wskroś, ubranie, skórę, ściany. Po tym wątpliwie przyjemnym spacerze na nocny tour w Aluxes wybraliśmy się taksówką. Tour rozpoczął się, gdy już się całkiem ściemniło i najpierw pan przewodnik wytłumaczył nam, że nazwa parku Aluxes oznacza leśne skrzaty (liczba pojedyncza alux), które według majańskich wierzeń stoją na straży przyrody. Następnie z latarkami wyruszyliśmy na spotkanie różnym mniej i bardziej dzikim zwierzętom, uważając na spore i gryzące (o czym sama miałam okazję się przekonać) mrówki prowadzące nocny tryb życia. Widzieliśmy jaguary, pumę, krokodyle (głównie dziesiątki par oczu świecące nad brzegiem ciemnego jeziora, creepy), małpy, tukany, papugi, węże, iguany, tapira, żółwie, flamingi i już sama nie pamiętam co. 





To jest alux. To nad jego głową to oczywiście WĄŻ.


Jedną z największych atrakcji było karmienie manatów. Okazało się, że mamy dużo wspólnego, bo odżywiają się podobnie jak ja w AMMACu – cukinią, marchewką i ziemniakami. Poza tym były kochane – trzeba było pięć razy zamachać ręką z warzywem w wodzie i czekać aż jakiś manat podpłynie i delikatnie zabierze od ciebie jedzenie. Nie mają zębów, więc nie gryzą, dawały się też trochę pogłaskać. Było tak ciemno, że z karmienia nie mam żadnych zdjęć, ale za to zostałam uwieczniona później z małym krokodylkiem popędzając Alexa, żeby szybciej robił zdjęcie, bo krokodyl coś za bardzo kręci głową.




         Po powrocie do El Panchán poszliśmy na kolację do restauracji z kuchnią... włosko-meksykańską słuchając muzyki na żywo i oglądając pokazy tańca z ogniem w strojach majańskich. Prawdziwa dzika dżungla ;). Jeśli kiedykolwiek będziecie zwiedzać Palenque, to polecam nocleg właśnie w El Panchán (można dojechać colectivo za 20 peso), a nie w mieście.

To się jakoś po hiszpańsku nazywało, ale nie pamiętam jak. Bądź co bądź był to alkohol przypalany w szklance.

Fusion cuisine.



 
c.d.n.

piątek, 26 lipca 2013

O mentalności słów kilka


             Co się da, to na ostatnią chwilę, a i wtedy bez pośpiechu. W poniedziałek przyjechała do nas nowa wolontariuszka, więc w środę zaczęli przygotowywać jej pokój. W środę PO, nie PRZED, dla jasności. Przez dwa dni spała na sofie i nie mogła się rozpakować. Nie zdają sobie sprawy, jak to jest przyjechać pierwszy raz do obcego kraju, nic nie ogarniać, być zmęczonym i po prostu chcieć dostać kawałek własnej przestrzeni, żeby odetchnąć. O wszystkie inne rzeczy (żeby coś naprawili, kupili itp.) zazwyczaj trzeba prosić dwa albo trzy razy, bo za pierwszym zapomną albo oleją. O planach, zmianach w planach itd. informują cię na chwilę przed albo w ogóle, bo uznają, że ktoś inny ci powie albo się domyślisz. Tak np. pojechałam po odebranie żywności do supermarketu bez dowodu tożsamości, ale na szczęście mnie wpuścili. Raz wstałyśmy rano, zebrałyśmy się, już wychodziłyśmy spóźnione do pracy, kiedy powiedzieli nam, że w biurze dalej nie naprawili internetu (od 3 dni; tak szczerze to nie widziałam, żeby ktoś się spieszył z tą naprawą) i że mamy zostać. Tylko że wiedzieli już to przynajmniej od godziny, więc nie wiem, czemu nie powiedzieli wcześniej, normalnie byłybyśmy już w drodze. Albo wstajesz rano i dowiadujesz się, że zaraz jedziemy odebrać nowych wolontariuszy z lotniska. To akurat spoko, przynajmniej jakaś odmiana. Niektóre niespodzianki są fajne, owszem, ale nie zawsze i nie wszystkie. Trzeba być gotowym na wszystko i o każdej porze. Tak jest oczywiście w mojej organizacji, nie chcę mówić, że w całym kraju, podejrzewam, że np. korporacje są bardziej ogarnięte, bo tam czas to pieniądz.
Czasem zaczyna się planować rzeczy z dużym wyprzedzeniem, ale zazwyczaj jest to słomiany zapał, a potem i tak wszystko się rozpieprza i jest robione w ostatnim momencie. Zaczęłam pracę koordynatorki Saturday School w połowie maja i dowiedziałam się, że wszystko mamy zaplanować i mieć gotowe na długo przed początkiem roku szkolnego, żeby potem od sierpnia iść i uczyć. Moja zwierzchniczka poprosiła mnie w maju o napisanie 20 planów zajęć na kolejny semestr. W czerwcu, w momencie gdy miałam chyba 3, powiedziała, że za tydzień mamy mieć spotkanie z wolontariuszami, którzy będą dla nas uczyć i żebym miała wtedy gotowe już wszystkie. Powiedziałam, że nie napiszę 17 planów w tydzień, więc stanęło na 10. Ostatecznie napisałam chyba 8, a spotkanie zostało przesunięte o dobry tydzień czy dwa, a gdy już się odbyło, spotkaliśmy się tylko z jedną dziewczyną. Szkołę, gdzie mamy uczyć od następnego semestru, znaleźliśmy już ponad miesiąc temu i po grzebaniu się przez dwa tygodnie w końcu poszliśmy z ofertą programu do pani dyrektor. Miesiąc później, czyli dwa dni temu, odpowiedziała ostatecznie, że nie są zainteresowani. O czym moja zwierzchniczka poinformowała mnie dzień później i to tylko dlatego, że sama zapytałam. Gdyby nie to, pewnie dalej bym nie wiedziała, ale co mnie to obchodzi, przecież jestem tylko koordynatorką całego programu. Tak więc zaczynamy zajęcia za miesiąc, ale nie wiemy gdzie i myślę, że dowiemy się w ostatnim momencie albo w ogóle trzeba będzie przesunąć początek zajęć. Mistrzowie planowania z wyprzedzeniem, oklaski.
                Poza pracą podejście do czasu i planów też jest raczej luźne... To, że jeśli impreza ma zacząć się o 20, to zaczyna się o 21, jest normą, ale nawet aiesecowe comiesięczne spotkanie umówione na 15, zaczęlo się o 16, bo od 15:45 spokojniutko zaczęli się schodzić ludzie. Czasem mamy coś zrobic, gdzieś iść, ale stoimy i czekamy i jestem jedyną osobą, która pyta, na co właściwie. I wtedy czasem okazuje się, że nie wszyscy wiedzą, tylko ich to nie zainteresowało. Robienie planów na niedzielę najlepiej zaczynać w niedzielę, no, najwcześniej w sobotę, ale ostrożnie, żeby nikogo nie spłoszyć swoją nadgorliwością.
                Najbardziej skrajnym przypadkiem było, gdy umówiłam się ze znajomym na planowanie naszej wycieczki. Przejechałam 45 minut autobusem i metrem do kawiarni, gdzie go nie zastałam. Zadzwoniłam do niego, on się zdziwił i powiedział, że wysłał mi wiadomość na facebooku, że jeszcze nie wrócił do Monterrey, bo nie było lotów. Ok, nie doszło, nie wiem czemu, nie jego wina. Umówiliśmy się na następny dzień, ta sama godzina, to samo miejsce. Znowu przejechałam 45 minut autobusem i metrem, weszłam do kawiarni, a jego nie było. Dzwonię, nie odbiera. Dzwonię do jego przyjaciółki, pytam, czy z nim jest i że błagam, żeby mi powiedziała, że zaraz będą. „Jak to, to nic ci nie powiedział? Czekaj, dam ci go”. Już się zaczęłam lekko gotować, ale to był dopiero początek. Zapytał, czy nie mogę przyjechać do domu jego przyjaciółki, do DZIELNICY, Z KTÓREJ WŁAŚNIE PRZYJECHAŁAM, bo będą robić grilla. I że wcześniej do mnie dzwonił, żeby mi to powiedzieć, ale nie odbierałam (nie widziałam połączenia przez problem z jego siecią). A potem zapomniał. I tak tam stałam jak głupia. Cóż, przeprosił, zapłacił mi za taksówkę do miejsca docelowego, a ja jadąc nią nie wiedziałam, czy śmiać się czy płakać z tego wszystkiego.
                Nad chodnikiem, gdzie codziennie przechodzę, od kilku dni zwisa przerwany kabel, na tyle nisko, że można go zaczepić głową. Tzn. ja mogę, przeciętny Meksykanin nie, więc może uznali, że dla większości ludzi nie stanowi to niebezpieczeństwa i można jeszcze trochę poczekać z naprawą.
Oczywiście tak nie jest cały czas, nie ze wszystkimi i nie we wszystkich sprawach. Nie, nie, nie. Życie się toczy, plany są realizowane, z niektórymi nawet szybko i sprawnie. Ale to, co opisałam, zdarza się na tyle często, że po kilku tygodniach masz dość. Najgorsze jest to, że to wpływa na moje nastawienie. Po pewnym czasie udręk przyjęłam stanowisko, że jak nikomu nie zależy, to ja też się nie będę przejmować, szkoda moich nerwów i poświęceń. Jak oni się nie spieszą, to ja też nie będę. Obudziłam się dzisiaj totalnie niewyspania po imprezie i stwierdziłam, że pie*****. Przyjechałam do pracy godzinę później, sprawdziłam facebooka, a teraz siedzę i piszę tego posta. I tak nie mam co robić. Nie, wcale mi się to specjalnie nie podoba. Nie czuję, że to zrelaksowanie, raczej tumiwisizm i degrengolada. Mam nadzieję, że jak już się zacznie ta szkoła, to coś zacznie się dziać i będzie lepiej. Przecież nie mogę taka wrócić do Polski, bo mnie nigdzie nie zatrudnią. Zapomnę wysłać CV, spóźnię się na rozmowę o pracę 40 minut, nieprzygotowana i z podejściem „co ma być, to będzie”.

Ja za to dopełniłam powinności polskiej mentalności i napisałam długaśnego posta z prawie samym narzekaniem przyprawionym ironią, ach, już mi lepiej i bardziej swojsko, tutaj tego nie ma ; ).

piątek, 12 lipca 2013

Mój pierwszy dzień w Meksyku



Nie chcę chwilowo myśleć o tym, co jest, a raczej, czego nie ma, więc cofnijmy się w czasie o prawie dwa miesiące. Nigdy nie napisałam, jak wyglądał mój pierwszy dzień w Meksyku. Cóż, tak naprawdę nie był łatwy, a ja nie szalałam z radości. Otumaniał mnie gorąc, ból nogi, a mój system nerwowy krzyczał „dość” z powodu nieogarniania nowego świata, w którym się znalazł. Ale zacznijmy od początku, od momentu postawienia stopy na meksykańskiej ziemi.
Tak naprawdę ciężko stwierdzić, kiedy ten moment dokładnie nastąpił, bo nie wysiadaliśmy z samolotu na płytę tylko do tuby. Następnie razem z tłumem współpasażerów szliśmy długo, długo i długo aż doszliśmy do kontroli granicznej. To tu mieli zdecydować, czy wpuszczą cię do kraju. Przeczekałam swoje, pokazałam wypełniony formularz, który dostałam wcześniej w samolocie, pan zadał mi kilka pytań na temat celu mojego przyjazdu, przybił pieczątkę i już. Zostałam oficjalnie wpuszczona do Meksyku na 180 dni! Teraz muszę tego papierka z pieczątką strzec jak oka w głowie i okazać go przy wyjeździe, bo inaczej mogą być problemy.
Następnym etapem była kontrola bagażu (także głównego), która przyprawiła mnie o lekkie nerwy z powodu JABŁKA, które wiozłam ze sobą od Brukseli. Otóż regulamin głosił, że nie można wwozić do Meksyku m.in. żywych zwierząt, owoców, nasion czy leków w większej ilości. Leków miałam od groma (minerały i suplementy na 5 miesięcy), ale na to machnęłam ręką. Natomiast co z jabłkiem, co jak je znajdą?!? Po chwili namysłu postanowiłam się go pozbyć. Teraz to śmieszne, ale też byście trochę panikowali, jakbyście przekraczali meksykańską granicę :D. Oczywiście do niczego się nie przyczepili, rutynowo prześwietlili bagaż i byłam wolna, gotowa, by wyruszyć w głąb kraju moich marzeń. Yes!
Zaraz po wyjściu zobaczyłam kantor, wymieniłam 100 dolarów po kiepskim kursie, kupiłam bilet na autobus do centrum i udałam się na poszukiwania stanowiska nr 67. Gdy wreszcie wyszłam z hali, uderzyła mnie fala gorąca i zaduchu. A ja w długich dżinsach i zabudowanych butach.
Po drodze zobaczyłam, że koleś, którego kojarzyłam z samolotu (trudno przegapić kogoś z kolorowymi dredami zawiązanymi w kok na czubku głowy) idzie prawdopodobnie na ten sam autobus, więc zagadałam i zaczęliśmy szukać stanowiska razem. W autobusie trochę pogadaliśmy, okazało się, że jest z Węgier, a jego sposób na życie to popracować, odłożyć kasę i wyjechać w podróż. Właśnie zaczynał kolejną, bez większego planu, nie miał biletu powrotnego na Węgry ani nawet hostelu na najbliższą noc i nie wiedział, gdzie pojedzie dalej. Kiedy powiedziałam, że ja sobie zarezerwowałam hostel na najbliższe dwie noce, uśmiechnął się i stwierdził, że wszystko lubię mieć zaplanowane. Hym.
Na dworcu autobusowym w centrum Cancun pożegnaliśmy się, on poszedł szukać jakiegoś hostelu, a ja swojego, Mundo Maya. Wytoczyłam się z dworca z moją wielką torbą na zalaną żarem ulicę, w ręce dzierżąc mapę i szukając jakichś tabliczek z nazwami ulic, żeby zorientować się, gdzie jestem i w którą iść stronę. Zaraz wypatrzył mnie jakiś miejscowy i zaoferował się, że mi pomoże. Od razu wyczułam, że nie jest to bezinteresowne, ale zgodziłam się, bo czułam się totalnie zagubiona. Pędził przed siebie prowadząc mnie do skrzyżowania z ulicą, na której miał być mój hostel, a ja próbowałam za nim nadążyć ciągnąc moją wielką torbę przez wszystkie wielkie krawężniki. Nie przyszło mu nawet do głowy, żeby mi z nią pomóc. Gdy już doprowadził mnie do skrzyżowania, powiedziałam, że dalej poradzę sobie sama, bo chciałam się go pozbyć i nie chciałam, żeby potem żądał ode mnie kroci za maszerowanie ze mną przez pół miasta. Zapytał żałosnym głosem cwaniaczka, czy mam coś dla niego za wielką przysługę, którą mi wyświadczył. Jeszcze się za bardzo nie orientowałam w wartości peso i nie wiedziałam, ile mu dać. Powiedział, że chciałby mieć na napój, który kosztuje 17 peso, więc wyciągnęłam dwudziestopesowy (?) banknot. Zobaczył, że mam w portfelu setkę i nagle to ona mu się spodobała, ale szybko przeliczyłam sobie, że to jakieś 30 zł i stanowczo odmówiłam. Dostał w końcu 20 peso, ale teraz dałabym mu góra 5, a najchętniej to kopa w dupę za wykorzystywanie ludzi w potrzebie.
I niestety Cancun tak wygląda, bo przyjeżdżają tam rzesze amerykańskich turystów. Będąc białym człowiekiem nie możesz spokojnie przejść koło żądnej restauracji, żadnego stoiska z pamiątkami, bo wypatrzą cię w odległości 15 metrów i zaczną ze wszystkich sił nagabywać. Obejrzenie pamiątek było więc dla mnie w zasadzie niemożliwe, bo niczego nie da się obejrzeć, jak ktoś ci wisi nad głową i pokazuje coraz to gorsze badziewia, jakie ma na stanie. Nie wiem, jakim cudem ludzie uważają to za najlepszą metodę handlu, na mnie nic nie działa gorzej i bardziej odstraszająco.
Wracając do mojej drogi do hostelu. Szłam przez kolejne 10 minut, umierając z gorąca, pocąc się niemiłosiernie i oczywiście w dalszym ciągu ciągnąc mój wielki tobół. Krawężniki były strasznie wysokie i prawie nie było podjazdów. Po drodze trąbiła na mnie każda taksówka. Aż zobaczyłam hostel. Ale byłam po drugiej stronie ulicy, a nigdzie nie widziałam przejścia. Jeszcze nie wiedziałam, że w Meksyku przechodzi się przez ulicę, gdzie się chce, ale i tak postanowiłam to zrobić i przetoczyłam się przez kolejne dwa krawężniki, które rozdzielały pasy ruchu (kto, k****, projektował to miasto). Właściciel hostelu widział moje zmagania przez okno i wyszedł mi na przywitanie. Wyglądałam jak siedem nieszczęść. Gdy już wtarabaniliśmy po schodach moją torbę i pokazał mi, co, gdzie i jak, spełniłam swoje największe marzenie tamtej chwili, czyli poszłam pod prysznic. A potem padłam na łóżku w chłodzącym powietrzu z wentylatora. I bolała mnie noga, czy raczej opadała ze zmęczenia. Towarzyszyło mi to już od Brukseli, przez cały lot, a teraz było chyba najgorzej. Robiło się tylko trochę lżej, kiedy leżałam. Nie wiedziałam, jak mam w takim stanie ruszać w dalszą podróż i w ogóle funkcjonować.
Mimo że trochę poleżałam i odpoczęłam, chyba nawet zasnęłam, noga dalej nie była specjalnie gotowa do dalszego chodzenia. Ale byłam głodna i potrzebowałam też czegoś na śniadanie, więc wyszłam do sklepu. Było już po zmroku. Doszłam zgodnie ze wskazówkami do supermarketu i chociaż miałam wyobrażenie, co chcę kupić, to spędziłam tam dobre 40 minut popadając w załamanie nerwowe. Byłam zmęczona, głodna, zagubiona, ze szwankującą nogą na obcym kontynencie, chciałam tylko zrobić podstawowe zakupy, żeby mieć co jeść, ale się nie dało. Chleb – jakieś ogromne, gąbczaste tostowe wytwory. Żadnych bułek na sztuki. W końcu kupiłam… chrupki. Coś do chleba, czyt. chrupek – tylko Philadelphia. Sery żółte same topione, więc nawet nie ruszałam. Nie znałam żadnych produktów, nie byłam w stanie ocenić, czy ceny są wysokie, czy niskie, wszystko musiałam przeliczać i porównywać do cen innych produktów tego samego typu. Do tego ten totalny stan zdezorientowania, kiedy jesteś pierwszy dzień sam w obcym kraju. Za dużo informacji, których system nerwowy nie nadąża przetwarzać. Kto przeżył, ten wie. 
W końcu zapełniłam koszyk mniej więcej tym, co chciałam i zmęczona oraz zdezorientowana wróciłam do hostelu spać i czekać, że jutro będzie lepiej. I na szczęście było. Wyleczyło mnie Morze Karaibskie. 


wtorek, 9 lipca 2013

Chcę więcej


Ach, co za dzień! Czy tak nie może być codziennie? Po ostatnich tygodniach spędzonych w biurze na siedzeniu na facebooku dzisiaj wreszcie poczułam prawdziwy zastrzyk świeżej energii.
Zaczęło się od tego, że w piątek przyjechał z Kanady (AUTOBUSEM!!!!11) nowy wolontariusz, dzisiaj miał zacząć pracę w AMMACu i rano mieliśmy go oficjalnie przywitać. Patrick pracuje przy programie Misericordia Para Todos (Miłosierdzie Dla Wszystkich), który polega na dostarczaniu żywności do biednych lokalnych społeczności. Program ten zarządzany jest z biura, przy którym mieszkam, ale w którym na co dzień nie pracuję. Rano nie pojechałam więc do biura w centrum, tylko zostałam na miejscu i wzięłam udział w oficjalnym przywitaniu (bandera „Bienvenid@”, meksykański prezent, karta powitalna i milion zdjęć). Potem okazało się, że w ogóle mam nie jechać do biura i ślęczeć przed komputerem, tylko towarzyszyć Patrickowi w pierwszym dniu pracy, bo prawie nie mówi po hiszpańsku. Dla wszystkich, którzy już sobie coś zaczęli wyobrażać: Patrick ma 19 lat ;P. Tak, tak, wiem, że niektórym nie robi to różnicy.
Najpierw pojechaliśmy do hipermarketu Wal-Mart, skąd dostajemy część żywności. Po drodze okazało się, że powinnam była wziąć ze sobą dokument tożsamości, bo inaczej nie wpuszczą mnie do magazynu. Oczywiście nikt z AMMACu mi o tym nie powiedział, liczyli, że sama się domyślę, zgadnę czy coś. Witamy w Meksyku. Na miejscu ostatecznie nie było jednak problemów i razem z Patrickiem i kierowcą Mario weszliśmy na magazyny, gdzie czekały na nas kosze i wózki z warzywami, owocami i chlebem, nie wszystko pierwszej jakości, że się delikatnie wyrażę. Ale już tu do tego przywykłam. Kiedy panowie zajmowali się ustawianiem wszystkich skrzyń na wadze, ja dostałam za zadanie zapisywać kilogramy, a potem je wszystkie zliczyć. Chyba jednak mam coś z księgowej, bo ta część najbardziej mi się podobała i czułam się w niej najbardziej kompetentna :D. Przy okazji pogadałam chwilę z panem pracującym na magazynie, który jako jeden z niewielu Meksykanów wiedział całkiem sporo o Polsce (choć co prawda kręciło się to wokół Auschwitz)! Potem ładowaliśmy wszystko do ciężarówki, przy okazji paćkająć się rozpadającymi się melonami.
Wróciliśmy z towarem do AMMACu w porze lunchu, więc udaliśmy się dość szybko do kuchni. Na wolontariuszy czekało już jedzenie, ale ponieważ było oczywiście mięsne, wzięłam się za odgrzewanie moich warzyw. Co prawda jadłam co innego niż wszyscy, ale super było usiąść ze wszystkimi przy stole, pogadać, pośmiać się… Wreszcie poczułam w pełni, dlaczego mówią, że w AMMACu znajdujesz nie tylko współpracowników, ale i rodzinę. Przy okazji zagadywał do mnie jeden z wolontariuszy z Servicio Comunitario/Social (studenci w Meksyku muszą zrealizować ileśtam godzin pracy społecznej w ramach studiów). I to o książkach! Nie wiem, czemu wybrał sobie akurat ten temat, może chciał się popisać swoją inteligentną i wrażliwą stroną. Powiedział, że w Meksyku się za bardzo nie czyta i on sam dopiero od dwóch lat czyta sam dla siebie. I pokazał mi Nietzschego, którego nosi w torbie. Potem przyszedł czas na najlepsze. Mieliśmy jechać dwoma ciężarówkami z dostawą żywności. Ja miałam jechać z Patrickiem. Ale mój nowy kolega Meksykanin od Nietzschego powiedział: „Ja mogę z tobą jechać. Podobasz mi się”. Po 10 minutach rozmowy, przy stole w kuchni, przy ludziach kręcących się dookoła. Myślałam, że już się nauczyłam trochę o meksykańskiej otwartości i bezpośredniości, ale jak widać to wciąż tylko trochę. Cóż, gdyby nie wyglądał na 20 lat i gdybym nie miała niemalże pewności, że mówi to tylko dlatego, że jestem fajna, bo jestem zza granicy, to może, w sumie to słodki był.
Znalezienie sobie JAKIEGOKOLWIEK Meksykanina nie nastręcza trudności, naprawdę.
No to pojechaliśmy z dostawą. Ja z Kanadyjczykiem dla jasności. Przy okazji pogadaliśmy tyle po angielsku, że zaczął mi się plątać hiszpański, a było to średnio wskazane, bo robiłam też za jego tłumacza (i'm lovin' it). Na miejscu czekaliśmy chyba z godzinę aż wszyscy miejscowi się ogarną i przyjdą ze swoimi wiadrami/koszykami/workami i ustawią je w rządku. Jak już się ogarnęli, zaczęliśmy rozdzielać owoce i warzywa „po równo”, tj. dopóki się wszystkim nie poplątało, bo rąk do rozdzielania było ostatecznie przynajmniej z 5 par i każdy zaczynał z innej strony, jedni od początku, jedni od końca, a niektórzy nawet od środka. Część warzyw i owoców była w niezłym stanie, część w takim sobie, ale najgorsze były podpleśniałe pomidory, które musieliśmy przebierać gołymi rękami szukając tych, które jeszcze się do czegoś nadają. A Meksykanie stali nad swoimi wiadrami/koszykami/workami i nie omieszkali za każdym razem się dopominać, że im jeszcze nie daliśmy albo daliśmy za mało (nawet przy tych pomidorach nie odpuścili). Do tego wszystkiego zaczęło się jeszcze wydzierać dziecko, które siedziało w wózku na środku naszej trasy między wiadrami. Ale wolę to na pewno od biura, a już milion razy bardziej od korporacji, bo to jest ŻYCIE.
Gdy już wszystko rozdzieliliśmy, popakowaliśmy puste pudła i umyliśmy rączki, myślałam, że jedziemy z powrotem do AMMACu. Ale nie. Pojechaliśmy… do domu starców. Po odbiór jakichś dokumentów, a przy okazji dostarczyliśmy im trochę owoców i warzyw. Panowie poszli po skrzynie do samochodu, a ja patrzyłam na ciche patio i chociaż nie widziałam nikogo, czułam jakie to smutne miejsce… Ale nie musiałam sobie tylko tego wyobrażać, bo potem zaprosili nas do środka, żeby poznać mieszkańców. Właśnie wszyscy siedzieli w jadalni i jedli kolację. Nigdy, nigdy, przenigdy nie chcę umierać w takim miejscu. Nigdy, nigdy, przenigdy nie zostawiłabym nikogo z rodziny w takim miejscu. Nie dość, że jesteś stary, schorowany, ledwo się ruszasz i ledwo kontaktujesz co dzieje się dookoła ciebie, to zamiast otoczyć cię życiem, otaczają cię takimi samymi ludźmi i zostaje ci tylko spadać na samo dno. Wszyscy już zawieszeni pomiędzy tutaj a tam. Patrick, chociaż zna po hiszpańsku chyba ze 20 słów, bez obaw podchodził do stolików i rozmawiał z nimi na tyle, na ile mógł. Ja nie mogłam, chodziłam tylko za nim, podziwiałam i próbowałam się nauczyć, jak on to robi. Zapytali, czy ktoś ze staruszków mówi po angielsku i ku mojemu zdziwieniu jeden się zgłosił. Ku mojemu jeszcze większemu zdziwieniu, nie był wcale zniedołężniałym staruszkiem, tylko inteligentnym, w pełni świadomym, całkiem sprawnym starszym panem. Nie wiem doprawdy, co tam robił i jak wytrzymywał będąc zrównanym z ludźmi, którzy już ledwo potrafią się przedstawić…
Po tym lekko wstrząsającym doświadczeniu, zmęczeni wróciliśmy wreszcie do AMMACu. Mój kolega od Nietzschego jeszcze się kręcił, ale poprosił tylko o wspólne zdjęcie ze wszystkimi. Mieliśmy iść z Kasią i Patrickiem na miasto, ale zrobiło się późno, więc dzień pełen wrażeń w zasadzie się zakończył.
Ale… jutro przyjeżdżają nowi wolontariusze, a ja znowu mam zostać na miejscu i tym razem pomagać w budowie drugiego poziomu naszego budynku! Oh yes.

czwartek, 4 lipca 2013

Que pedo bato, czyli język ludzi ulicy



                W poprzednim poście pisałam o dwóch ulicznych wytwórcach i sprzedawcach biżuterii, którzy zabrali nas na piwo i uczyli meksykańskich kolokwializmów. Przykłady: simon zamiast , nariz zamiast nada, bato jako określenie chlopaka i mora jako określenie dziewczyny. Wczoraj okazało się, że niekoniecznie są to słowa, które powinnyśmy używać, bo tak mówią w Meksyku ludzie z najniższej „klasy”. Jako filolog od razu zaczęłam się zastanawiać, czy w języku polskim mamy słowa i zwroty (dobra, pomijając grysperę), które używają tylko ludzie bez wykształcenia? Mi nie przychodzi do głowy żadne, macie jakieś pomysły? Bo co jak co, ale klną wszyscy, tylko że w różnym natężeniu i sytuacjach. Różnice językowe przejawiają się u nas raczej w bogactwie słownictwa i intonacji.
Przejdźmy do części socjologicznej. Od razu zaznaczam, że wszystko co tu teraz napiszę to informacje od jednej osoby. Kolega, który z nami rozmawiał przedstawił nam podział meksykańskiej populacji, a zarazem języka na trzy grupy: profesjonalna/wykształcona, tzw. normalna oraz, powiedzmy, niska. Do tej trzeciej należą nasi nowi znajomi – niewykształceni ludzie, parający się prostymi zawodami, np. sprzedażą uliczną. Powiedział, że są to zazwyczaj bardzo dobrzy, fajni ludzie, z którymi nieźle się rozmawia, ale nie należy wchodzić z nimi w bliższe relacje, tj. nie dawać im swojego telefonu, facebooka, a tym bardziej adresu. Przynajmniej jeśli jest się obcokrajowcem, bo dla nich taka znajomość to nie lada gratka i jak raz się przyczepią, to nie dadzą spokoju. Będą chcieli być twoimi przyjaciółmi, pokazać ci miasto i zasypią cię wiadomościami. Cóż, z tego, co obserwuję, to niestety prawda. Od tego, któremu dałam numer, dostałam już chyba z 6 wiadomości, mimo że na ostatnie trzy nie odpisałam. Ostatnia była zresztą pełnym żalu pytaniem, czemu nie odpowiadam. Drugi przez cały dzień pisze do mojej współlokatorki na facebooku chociaż ona mówi mu, że musi popracować, zrobić kolację itp. i żeby porozmawiali później. Nieodpisywanie nie pomaga, on dalej swoje. Podobnie było z innym „znajomym”, który zaczepił mnie kiedyś, gdy szłam ulicą, koniecznie musiał iść ze mną do sklepu, po drodze pokazał mi swój dom i psa, a potem pytał, czy możemy być przyjaciółmi i chciał ode mnie telefon, żeby się ze mną umówić i pokazać mi miasto (tak jakby mi tu zostało jeszcze wiele do zobaczenia... sorry, ale mekka turystyki to to nie jest). Całe szczęście pod moim domem spotkaliśmy mojego szefa i to spławiło owego „znajomego” zanim zdążyłam dać mu mój numer albo wymyślić wymówkę, żeby tego nie robić. Dochodzą jeszcze przypadki, które opisałam w poprzednim poście. Z kolei nasz kolega opowiedział o Portuglaczyku, który był tu w zeszłym roku, poznał cztery Meksykanki, nieopatrznie dał im swoje dane, dzięki czemu dostawał potem średnio jednego smsa na godzinę, aż w końcu przyszły pod jego dom. Nasz znajomy dodał ponadto, że ci ludzie będą niestety kłamać po to, żeby wydawać się fajniejsi, żebyś ich polubił i żeby być bliżej ciebie. Na to też niestety mam przykład z życia wzięty, bo ten natrętny facebookowicz twierdzi, że studiuje mechatronikę, a nie zna mapy Meksyku i jest na bakier z ortografią.
                Ok, dobra, już wiem, że mam bardziej uważać. Ale w dalszym ciągu najbardziej uderza mnie ten podział. Czy w Polsce między ludźmi wykształconymi a niewykształconymi istnieje taka niewidzialna bariera czy ja jestem jakaś ślepa?? Nie mówię o bezdomnych, tzw. żulach itd., ale o zwykłych pracujących ludziach, np. sprzedających biżuterię na ulicy jak owi znajomi. Od kierowcy autobusu dzisiaj też usłyszałam simon, więc rozumiem, że on chyba też wchodzi do tej „klasy”. I pewnie kasjerki w sklepie, taksówkarze, że o sprzątaczkach nie wspomnę. Co to w ogóle za jakiś niewypowiedziany system kastowy?? „Można z nimi rozmawiać, jest fajnie, ale nie dawaj im numeru telefonu, bo to kłamcy i nie dadzą ci spokoju”. Ok, jak napisałam wyżej, chyba nie można ująć temu stwierdzeniu racji. Ale, ale... jak to? Jak w ogóle można taką część społeczeństwa nazywać ONI, wrzucać do jednej szuflady, narysować między sobą a NIMI linię i trzymać się od NICH na dystans? Nie wiem, czy dobrze potrafię opisać swoje zdziwienie i nie wiem, czy mnie rozumiecie, ale nie umiem w wyobraźni przenieść tego zjawiska na na grunt polski, no, nie umiem. Zapytam jeszcze innych Meksykanów o zdanie, bo nie lubię mieć tego typu informacji z jednego źródła i twierdzić, że wiem na pewno.





wtorek, 2 lipca 2013

Los hombres, czyli gdzie ci mężczyźni


       Kilka koleżanek przed moim wyjazdem poprosiło mnie o przywiezienie im Meksykanina. Sorry, dziewczyny, ale chyba nie będzie tak łatwo. Samej sobie ciężko coś znaleźć, a co dopiero na zamówienie... Najgorszy problem to wzrost. Powiedzmy, że jakaś jedna trzecia jest ode mnie niższa, jedna trzecia mniej więcej tego samego wzrostu i naciągana jedna trzecia wyższa ode mnie.
Natomiast zdecydowanie nie ma problemu z ich dostępnością. Problem w tym, że ilość niekoniecznie idzie w parze z jakością. Gdybym była, delikatnie mówiąc, niewybredna, a przy tym nieostrożna, żeby nie powiedzieć głupia, to pewnie miałabym już za sobą z dziesięć kolacji czy wyjść na kawę i to każdą z kim innym. Był już studenciak z metra, który przez 10 minut przyglądał się, jak uczę się słówek i przeglądam przewodnik po czym popukał mnie w ramię pytając „No eres de aquì?” („Nie jesteś stąd?”), a potem zadzwonił do mojej pracy pod pretekstem zapytania o ekspres do kawy i chciał zdobyć mojego facebooka. Potem w jeden dzień najpierw był studenciak, tym razem szkoły wieczorowej oraz policjant na wakacjach, który pomógł mi znaleźć wejście do metra. Jeden chciał mnie zabrać na kawę, drugi na kolację. Obydwaj niscy, do tego policjant po trzydziestce. Nie wspominając o innych naprawdę beznadziejnych przypadkach, nad którymi nie będę się tutaj rozwodzić oraz o trąbiących samochodach. Nie piszę tego bynajmniej, żeby się chwalić, jakie mam powodzenie, bo po pierwsze wynika ono z tego, że jestem biała i mam jasne włosy, a po drugie, jak mówiłam, ilość niekoniecznie idzie w parze z jakością, a jednak stawiam na to drugie. Myślę, że to po prostu doświadczenia każdej białej dziewczyny w takim kraju. A jeśli wreszcie trafi się ktoś sensowny wśród tego smagłego tłumu, to może się okazać, że będzie miał jasne oczy i może nawet niezbyt meksykańskie korzenie. I w przeciwieństwie do powyższych nie będzie wykazywał większego zainteresowania. 
Ale trzeba im przyznać, że są dżentelmenami, nawet trochę większymi niż w Polsce. Otwieranie drzwi, płacenie za kobietę i inne takie duperele, miłe to, zwłaszcza jak się wychowało w takiej kulturze. Jak sobie przypomnę Finlandię, gdzie faceci pchają się pierwsi w drzwiach…
Pomijając (niedoszłe) relacje bardziej matrymonialne, wczoraj idąc z moją współlokatorką do muzeum zatrzymałyśmy się przy ulicznym „stoisku” (dwie płachty na ziemi) z ręcznie wykonaną biżuterią. Po poprzeglądaniu asortymentu i pogaduszkach ze sprzedającymi chłopakami zostałyśmy zaproszone na regionalne piwo. No i w sumie czemu nie, byłyśmy dwie, a oni nie sprawiali wrażenia, jakby chcieli od nas czegoś więcej poza owym wyjściem na piwo. No i było zabawnie, nie powiem, uczyli nas meksykańskich kolokwializmów i slangu, jeden z nich nie wiedział, gdzie na mapie Meksyku znajduje się region, z którego pochodzi (i chyba w ogóle za bardzo nie wiedział, jak wygląda mapa Meksyku), a jak szliśmy na taksówkę to przedstawiali nas wszystkim ulicznym sprzedawcom, którzy wychodzą z podziemia chyba dopiero po zmierzchu. Teraz chcą nas wyciągnąć na wyprawę autostopem do malowniczego miasteczka położonego w górach, żeby jeździć konno, polować (o, co to, to nie) i żuć jakieś meksykańskie rozweselacze. Brzmi czadersko i niby no risk no fun, ale bez przesady. Czasem się nudzę, ale czasem jak się zacznie dziać… 
Miałam dodawać zdjęcia, ale nie bardzo mam co dodać, więc niech będzie z przypadkowymi chłopakami, którzy weszli na moje zdjęcie. I, o dziwo, nie byli niscy!